Redakcja

Strona internetowa „Przeglądu Konstytucyjnego” i pierwszy numer do pobrania

Przegląd Konstytucyjny nr 1Pod adresem www.przeglad.konstytucyjny.law.uj.edu.pl ruszyła strona internetowa „Przeglądu Konstytucyjnego”. Jest to kwartalnik nawiązujący do założeń, jakie przyświecały działalności Komitetu Redakcyjnego „Przeglądu Sejmowego” przez ponad dwadzieścia lat, aż do czasu jego rozwiązania w marcu 2016 r.
Podobnie jak nasz portal – ale w formie i treści ściśle naukowej – „Przegląd Konstytucyjny” będzie publikować teksty dotyczące szeroko rozumianej tematyki konstytucyjnej, w tym ustrojowej, dotyczącej praw człowieka.
Jak czytamy na stronie „Przeglądu”, „Rozpoczynamy działalność w okresie głębokiego kryzysu konstytucyjnego w Polsce. Pierwszy numer Przeglądu Konstytucyjnego poświęcony jest w dużej mierze przyczynom, przebiegowi i skutkom tego kryzysu. Artykuły Leszka Garlickiego oraz Marka Safjana stanowią pokłosie konferencji, która odbyła się na Uniwersytecie Jagiellońskim we wrześniu 2016 r. Oba teksty stanowią próbę diagnozy stanu polskiej kultury konstytucyjnej. Do stanu konstytucjonalizmu w Polsce nawiązuje większość tekstów znajdujących się w pierwszym numerze.

Kolejne numery Przeglądu Konstytucyjnego będą miały strukturę opracowaną przed laty w Przeglądzie Sejmowym. Zasadniczą część każdego numeru będą stanowiły opracowania studyjne. Stałymi pozycjami będą recenzje i noty bibliograficzne oraz analiza dokumentów źródłowych.” Czytaj dalej

Redakcja

Wykładnia i stosowanie prawa w procesie opartym na Konstytucji

Wykładnia i stosowanie prawa w procesie opartym na KonstytucjiW październiku br. ukaże się ciekawa z punktu widzenia nauki prawa konstytucyjnego oraz przydatna dla praktyków książka autorstwa prof. dr hab. Macieja Gutowskiego i prof. dr hab. Piotra Kardasa pt. „Wykładnia i stosowanie prawa w procesie opartym na Konstytucji”.

Szczegóły na stronie wydawcy.

Redakcja

Co wynika z wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 11 września 2017 r., sygn. K 10/17?

Dr hab. Monika Florczak-Wątor – adiunkt w katedrze Prawa Konstytucyjnego Uniwersytetu Jagiellońskiego, radca prawny i mediator, członkini Okręgowej Izby Radców Prawnych w Krakowie, członkini zarządu Polskiego Towarzystwa Prawa Konstytucyjnego oraz European Group of Public Law, a także członkini International Faculty of the European Law and Governance School w Atenach.
Od 1 X 2004 r. do 31 III 2017 r. pracowała w Biurze Trybunału Konstytucyjnego – początkowo na stanowisku radcy, później starszego radcy w Zespole Orzecznictwa i Studiów, a następnie na stanowisku asystenta – eksperta w służbie prawnej Trybunału.
Zasiada w Radzie Programowej Archiwum im. Wiktora Osiatyńskiego.

Wyrok TK z 11 września 2017 r., sygn. K 10/17, nie pozbawia sądu kompetencji do oceny prawidłowości procedury wyboru sędziego TK oraz procedury powołania Prezesa i Wiceprezesa TK. Nie zwalnia również sądu z obowiązku badania tego, czy osoba podająca się za Prezesa TK została skutecznie powołana na to stanowisko i tym samym może reprezentować Trybunał Konstytucyjny w postępowaniu sądowym. Analiza sentencji wspomnianego wyroku prowadzi zaś do ciekawych wniosków dotyczących jego ewentualnych skutków prawnych.

Pierwszym zaskakującym spostrzeżeniem jest to, że wszystkie zaskarżone przepisy – zdaniem TK – przyznają sądom kompetencję do badania prawidłowości procedury wyboru sędziego TK oraz procedury powołania Prezesa i Wiceprezesa TK. Oto bowiem w sentencji wyroku TK orzekł, że art. 1 k.p.c. „dotyczy zagadnienia oceny prawidłowości procedury wyboru sędziego Trybunału Konstytucyjnego” oraz „dotyczy zagadnienia oceny prawidłowości procedury przedstawienia kandydatów na stanowisko Prezesa oraz Wiceprezesa Trybunału Konstytucyjnego przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Trybunału Konstytucyjnego i powołania ich przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”, zaś art. 325 k.p.c. „dopuszcza rozstrzygnięcie o prawidłowości procedury wyboru sędziego Trybunału Konstytucyjnego” oraz „dopuszcza rozstrzygnięcie o prawidłowości procedury przedstawienia kandydatów na stanowisko Prezesa oraz Wiceprezesa Trybunału Konstytucyjnego przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Trybunału Konstytucyjnego i powołania ich przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”. Gdyby TK uznał, że oba te przepisy nie przewidują możliwości badania przez sądy procedury wyboru sędziego TK oraz procedury powołania Prezesa i Wiceprezesa TK, to zapewne orzekłby o ich zgodności z Konstytucją albo umorzyłby postępowanie, uznając je za bezprzedmiotowe.  Tymczasem TK stwierdził, Czytaj dalej

Ewa Łętowska

Legal harassement, contempt of court, chilling efect – jakby kto nie wiedział…

…co znaczy legal harassement, contempt of court, chilling efect trzy  angielskie terminy  nie mające swych dokładnych odpowiedników w prawniczej polszczyźnie.

Angielski kieruje  uwagę  ku faktom i zależnościom, ku  opisowemu ujęciu sytuacji i procesów społecznych. Prawnicza polszczyzna raczej ku normatywnym wzorcom zachowania. Efekt mrożący czy molestowanie przez prawo – nie mają swych polskich odpowiedników w ogóle, to kalki z angielszczyzny.  Zaś „obraza sądu” wywołuje w umyśle mówiącego i słuchającego  obraz człowieka zachowującego się   w niewłaściwy sposób w gmachu sądu lub w piśmie procesowym.

Tymczasem contempt of court – to coś więcej.  To nie tylko bezpośrednie zachowanie w  sądzie. To lekceważenie, dyskredytowanie sądu i jego funkcji.

Najlepiej pokazać na na przykładzie. Skazany chce jakiejś ulgi w odbywaniu kary. Zgłasza się ze stosowną prośbą o ulgę, rozłożenie na raty, zmianę reżimu wykonania kary. A jednocześnie wyśmiewa i dyskredytuje sam wyrok, lekceważy  fakt ukarania, publicznie ogłaszając, że jak go zwolnią, znów będzie  popełniał to samo przestępstwo. Albo powiada, że skazanie było bez znaczenia.

Nie można jednocześnie zjeść ciastka i je mieć. Nie można sądu o coś prosić i zarazem z niego kpić. Niżej przykład.

 https://wiadomosci.wp.pl/byly-ksiadz-ma-uniknac-kary-swietuje-z-mezczyzna-ktory-spalil-kukle-zyda-i-dziekuje-ministrom-6164335677950081a

Polskie sądy kiepsko sobie radzą z takimi sytuacjami, ponieważ zachowanie występuje poza ramami tego, z czym sąd styka się bezpośrednio. Z tej przyczyny lekceważące  zachowanie  skazanego ubiegającego się odroczenie kary, zmianę jej reżimu –  to dla sądu nie istnieje. U obserwatora może to wywoływać wrażenie, że sąd toleruje kpiny z wymiaru sprawiedliwości, albo jest nieuważny. A nie powinno tak być.

Chilling efect – efekt mrożący – leży blisko pojęcia  prewencji. Z tym, że w wypadku efektu mrożącego idzie o powstrzymanie kogoś od działań dozwolonych i legalnych, tyle, że mrożącemu niemiłych z przyczyn politycznych lub ideologicznych. Nie powinni zatem tym narzędziem posługiwać się ci, którzy są sługami państwa, wspólnego dla różnych obywateli.   Gdy np. wysoki funkcjonariusz państwowy, minister lub jego zastępca, rzecznik rządu albo partii rządzącej publicznie występuje z potępieniem pewnych zachowań legalnych (choćby do demonstracji określonego typu czy grupy), albo gdy taka demonstracja czy grupa spotyka się później z ekscesywnym nękaniem, to jest to właśnie efekt mrożący. Chodzi o to, aby odechciało się demonstrować, występować z jakimiś wnioskami, podejmować pewne tematy, wystawiać w teatrach nielubianych autorów czy sztuki itp.  Czytaj dalej

Redakcja

Dr hab. Ryszard Piotrowski: Prezydent nie jest władcą absolutnym, podlega prawu, a władza sądownicza może oceniać legalność jego działań

Parę dni temu zamieściliśmy tekst prof. Jerzego Zajadło dotyczący zaplanowanego na 12 września br. posiedzenia Sądu Najwyższego. Jego przedmiotem ma być odpowiedź na pytanie prawne postawione przez Sąd Apelacyjny w Warszawie. W skrócie można je streścić tak:

Po pierwsze, czy sąd może badać prawidłowość wyboru prezesa Trybunału Konstytucyjnego, jeśli w trakcie postępowania cywilnego, w którym prezes/Trybunał Konstytucyjny jest stroną, powstaną takie wątpliwości?

Po drugie, jeśli odpowiedź na to pytanie byłaby twierdząca, to jakie powody  mogłyby spowodować, że wybór prezesa Trybunału Konstytucyjnego byłby wadliwy i że tym samym nie mógłby reprezentować tego organu przed sądem?

Tekst kończył się apelem o opinię ze strony konstytucjonalistów – odpowiedział na niego prof. Ryszard Piotrowski z Uniwersytetu Warszawskiego.


Dr hab. Ryszard Piotrowski – konstytucjonalista, adiunkt na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego
(źródło: http://konstytucja.wpia.uw.edu.pl)

Przezwyciężenie kryzysu konstytucyjnego, z którym mamy do czynienia w Polsce, zależy w znacznej mierze od tego, czy niezawisłe i niezależne sądy przyczynią się do przywrócenia wyznaczonych przez ustawę zasadniczą relacji między prawem i polityką. To właśnie niezależne i odrębne od innych władz sądy i trybunały mają konstytucyjny obowiązek uświadamiania, że Konstytucja nie przestaje być najwyższym prawem, nawet jeżeli przeszkadza politykom.

 

Dotyczy to zwłaszcza naruszenia ustrojowej tożsamości Trybunału Konstytucyjnego, powodującej złożone i trudne do przewidzenia konsekwencje dla pewności prawa, a tym samym dla legalizmu w funkcjonowaniu państwa.

Jeżeli ustalenia, na których opierają się pytania Sądu Apelacyjnego są trafne – a więc jeżeli nie doszło do zgodnego z prawem obsadzenia urzędu Prezesa Trybunału Konstytucyjnego – to rozstrzygnięcie tej kwestii w związku z toczącym się postępowaniem sądowym ma przecież zasadnicze znaczenie ustrojowe.  Brak odpowiedzi Sądu Najwyższego   na pytanie Sądu Apelacyjnego – niezależnie od uzasadnienia tego rodzaju stanowiska – nie zmieni rzeczywistości opisanej w owym pytaniu. Bez tej odpowiedzi będziemy mieli dwa problemy. Pierwszy, przedstawiony jest właśnie w owym pytaniu Sądu Apelacyjnego. Drugi może się pojawić w konsekwencji powstania sytuacji świadczącej o braku zdolności systemu instytucjonalnego demokratycznego państwa prawnego do autokorekty przez system ten przecież przewidzianej. Czytaj dalej

Ewa Łętowska

Puste kościoły konstytucyjne – skutki prywatyzacji władzy publicznej

(Fot. R. Robroek)

1. Pozytywna aksjologia umowy i prawa cywilnego (ich „dobra fama”)  leży u źródeł zjawiska prywatyzacji funkcji publicznych. W tym wypadku mitologizacja umowy niesie ze sobą  realne niebezpieczeństwo dla wolności indywidualnej.  Odbywa się to przez przejęcie władzy przez niepaństwowe podmioty albo na wykorzystaniu przez władzę państwową instrumentów prawa prywatnego. Wśród nich: zwłaszcza  umowy, osobowości prawnej, weksla (np. wykorzystywanego jako zabezpieczenie posłuszeństwa w klubach parlamentarnych), odpowiedzialności pauliańskiej i bezpodstawnego wzbogacenia  (w sferze prawa daninowego – jako podstawy dochodzenia podatków i danin, gdy brak jest przewidzianych w prawie publicznym specjalnych procedur) i innych instrumentów prawa prywatnego. Ta inwazja prywatności nie jest bynajmniej zjawiskiem pożądanym. „Sfera publiczna potrzebuje dziś pilnie ochrony przed inwazją prywatności, choć, paradoksalnie, nie po to, by zawęzić, lecz właśnie, by powiększyć obszar indywidualnej wolności” ( Z. Bauman, Płynna nowoczesność, Kraków 2006, s. 80 i n.)

2. „Prywatyzacja władzy” występuje w wielu formach i postaciach:

  • gdy sama władza publiczna wyzbywa się tradycyjnych zadań i funkcji (np. zwolnienie się gmin – poprzez ekscesywną reprywatyzację, dzięki której gmina się wyzbywa kłopotów – z gospodarowania zasobem mieszkaniowym, co leży u genezy części przynajmniej patologii reprywatyzacji)
  • gdy władza publiczna realizując zadania administracji świadczącej,  zmienia metody swego własnego działania na  formy cywilnoprawne (służba zdrowia, oświata – obywatel manipulacja przez państwo ofertą/pulą świadczeń, do których te służby są zobowiązane prawem publicznym);
  • gdy podmioty prywatne (silne korporacje) uzurpacyjnie czy manipulatorsko (naciski, lobbing, kamuflaż rzeczywistych zamierzeń) zawłaszczają władzę. (Np. działania federacji sportowych, wymuszających immunitet w czasie mistrzostw świata czy Europy w piłce nożnej).
  • umowy międzynarodowe typu ACTA, czy działanie wielkich serwisów internetowych.  Umowa służy wtedy transferowi władzy lub/i uniknięciu odpowiedzialności prawnej.
  • umowy międzynarodowe (o różnym statusie) służące „podrzuceniu” komu innemu kłopotliwego konstytucyjnie problemu: odpadów jądrowych czy chemicznych, więźniów w stosunku do których nie przestrzega się standardów itp.

3. Zamiana obywateli (jednostek) w konsumentów powoduje poddanie ich  sytuacji prawnej logice rynku, lecz zarazem pozbawia ich ochrony, jaką mieli jako obywatele (ochrona konstytucyjna, ochrona instrumentami  publicznoprawnymi).

Prywatyzacja więzień, wojska, egzekucji wyroków, sprywatyzowanie władzy (umowa między państwem i firmą prowadząca więzienie lub dysponującą najemnikami), daje podmiotowi prywatnemu uprawnienia władcze, jakie „dawniej” miała władza polityczna, ale brak jest zarazem gwarancji chroniących jednostkę przed nadużyciem władzy, bo te dotyczyć mogą działania władzy państwa, nie zaś podmiotu prywatnego. Jednocześnie podmiot prywatny kieruje się w swym działaniu logiką rynkową, sprzyjającą egoizmowi i nadużyciom w poszukiwaniu zysku. Jest to problem znany służbie zdrowie, gdy pacjent staje się „kosztem”, albo komornikom (którzy są skłonni egzekwować dług z kogokolwiek, minimalizując obowiązki i staranność w poszukiwaniu właściwego dłużnika).

A obywatel, który staje się konsumentem, rychło przekonuje się, jak kiepsko prawo prywatne chroni przed silniejszym ekonomicznie i organizacyjnie partnerem. O tym  doskonale wiedzą prawnicy zajmujący się prawem prywatnym, ale o czym nie wiedzą politycy i prawnicy zajmujący się prawem publicznym. Dla tych ostatnich prywatyzacja (obojętne, czego dotyczy), prawo prywatne, umowa – są synonimem czegoś „lepszego”, bardziej bezpiecznego i demokratycznego dla odbiorców niż władcze formy działania np. administracji. Niestety, jest to uleganie złudzeniu (a może świadoma manipulacja), „pozytywnemu PR prawa prywatnego”, jakim ta gałąź prawa cieszy się wśród polityków i specjalistów prawa publicznego, i to od wielu lat, niezależnie od ustroju gospodarczego.

Prywatyzacji władzy towarzyszy kryzys konstytucjonalizmu i statusu jednostki chronionego przez prawo publiczne. Zaludniony gmach konstytucji i konstytucyjnych konstrukcji – pustoszeje, ponieważ władza go opuszcza, przesuwając się „gdzie indziej”.

(P. Sztompka, Socjologia zmian społecznych, Kraków 2005, s. 94.),

Władza ucieka ku umowom i konstrukcjom prawa cywilnego. Te ostatnie nie zapewniają substytucyjnej ochrony, kiepsko radząc sobie z dysparytetem siły negocjacyjnej partnerów o nierównych szansach. Tymczasem  ta nierówność zostaje zwielokrotniona poprzez użycie umowy tam, gdzie dawniej istniały stosunki publicznoprawne. Mit umowy wyradza się więc  i potężnieje.

 

Ewa Łętowska

Geneza mitu o umowie jako obrończyni wolności

Umowa i prawo cywilne w ogólności żyją w cieniu własnego mitu.  Realność pozostaje w cieniu mitu. Owocuje to  przekonaniem, że coactus tamen voluisti, a wszak volenti non fit iniuria – bo wszak sam chciałeś Grzegorzu Dyndało.

 Geneza mitu umowy jako nośnika demokratyzmu i samostanowienia ( wolności) sięga powstania Kodeksu Napoleona jako pierwszej z wielkich kodyfikacji XIX stulecia. Wtedy bowiem pojęcie równości (formalnej) i sprawiedliwości pozostawały w opozycji do aprobowania w okresie prawa feudalnego   nierówności traktowania, spowodowanej przywilejami urodzenia i stanu. Adresatem postulatu równości był ówczesny sędzia, nie ustawodawca. To bowiem, co dziś się uważa za oczywiste: jednakowe stosowanie prawa, nie było bynajmniej oczywistością w warunkach postfeudalnych. Redukcja równości stron do ich formalnoprawnego statusu i postawienie sądu na straży tak ujętej wolności, wystarczała do osiągnięcia założonego celu.

Nieuwzględnienie społecznych i ekonomicznych nierówności uczestników obrotu – stron umowy (nierówność materialna, nieuwzględniana przez prawny reżim umowy) nie było wyrazem nieuczciwości, naiwności czy hipokryzji twórców Kodeksu Napoleona. Było wyrazem ich krótkowzroczności. Nie przewidzieli dalszego rozwoju wypadków. Nie uważali bynajmniej, jakoby kwestia ekonomicznej i spowodowanej innymi czynnikami realnej nierówności stron nie była warta uwagi.

Sądzili jednak, że zagwarantowanie równości formalnej w połączeniu z wolną konkurencją (w postaci istniejącej w początkach XIX w.) wystarczy, aby zapewnić równowagę szans uczestników obrotu – stron umów, aby mogli oni sami wypertraktować kompromis możliwy do przyjęcia przez obie strony umowy. I w początkach XIX w. to wystarczało. Profesjonalizacja i specjalizacja obrotu, stopień złożoności występujących w nim dóbr nie był tak znaczny, aby ewentualny dysparytet informacyjny czy organizacyjny czynił to założenie jaskrawo sprzecznym z rzeczywistością.  W wypadku zagwarantowania równości czysto formalnej, chodzi o równowagę szans, nie zaś o equilibrium na wyjściu tj.  rezultatu osiągniętego w treści umowy. Iluzoryczność tego założenia ujawniała się jednak w miarę rozwoju gospodarki, postępu technicznego, umasowienia obrotu zwłaszcza monopolizacji gospodarki i profesjonalizacji świadczenia dóbr i usług.  Dlatego O. von Gierke, dziewiętnastowieczny niemiecki prawnik-klasyk,  nie będący ani marksistą, ani socjaldemokratą, piszący sto lat po kodeksie Napoleona,   jest autorem słynnej frazy o konieczności – w prawie prywatnym użycia kropli „ein Tropfen sozialistisches Öl”[1]

[1] „Wir brauchen aber auch ein Privatrecht, in welchem trotz aller Heilighaltung der unantastbaren Sphäre des Individuums der Gedanke der Gemeinschaft lebt und webt. Schroff ausgedrückt: in unserem öffentlichen Raum muß ein Hauch des naturrechtlichen Freiheitsraumes wehen und unser Privatrecht muß ein Tropfen sozialistisches Öl durchsickern”, Die soziale Aufgabe des Privatrechts, Frankfurt/M. 1943 (przedr. z wydania  Berlin 1889) s. 10.

Ewa Łętowska

Umowa w cieniu własnego mitu

Umowie, a nawet – pars pro toto  prawu prywatnemu i jego instytucjom – uporczywie towarzyszy mit. W społecznym dyskursie umowa jest traktowana jako „coś” co samo przez się zapewnia sytuacji, w jakiej występuje –  w automatyczny sposób – wolność stronom i demokratyczne, „samorządne” (bo dokonane przez same strony) ułożenie stosunków z otoczeniem.  Mit ten utrwalony w świadomości społecznej staje się przesłanką ocen rzeczywistości i wniosków praktycznych.

Umowy, negocjacje – instrumenty pozornie demokratyczne i koncyliacyjne – są świetne i pożądane politycznie, prawnie, społecznie, jeżeli siła i determinacja negocjacyjna obu stron są mniej więcej równe. Móc-wiedzieć jak – chcieć  – muszą tu istnieć we właściwej, niezagłuszonej przez drugą stronę  proporcji. Gdy tak nie jest – umowa służy stronie mocniejszej. Strony nie dysponują bowiem z natury w warunkach współczesnych  equal bargaining power. Ta ostatnia zależy od rynkowego położenia   grupy, do której należą wierzyciel lub dłużnik in spe.  Na owo rynkowe położenie składa się wiele czynników ekonomicznych i strukturalnych (w tym kultura informacyjna, wiedza o stosunkach ekonomicznych i rynkowych, dostępność alternatywnej realizacji celu umowy na konkurencyjnym rynku, z innym kontrahentem). Demokratyzmu i samostanowienia nie zapewnia samo użycie umowy, gdy jej stronom brak  equal bargaining power.  Wtedy bowiem umowa nie tyle służy wolności, lecz temu z jej podmiotów, który jest ekonomicznie, socjalnie, informacyjnie – mocniejszy. Ten mechanizm działa identycznie we wszelkich  negocjacjach w których parytet wiedzy, woli, kompetencji i determinacji jest zachwiany

Uważa się w konsekwencji, że prawo prywatne (umowa), zbudowane na fundamencie z gruntu demokratycznym jakim równość partnerów, zakłada brak poddaństwa, a więc wolność.  Ona zaś jest jednym z atrybutów demokracji i nośników wartości jej właściwych.. Podobnie uważa się, że umowom towarzyszy cecha „samorządności”: samozobowiązywanie się stron, kształtujących wiążący je stosunek zgodnie ze swą wolą. Archetypy te nie są jednak odbiciem rzeczywistości empirycznej: oparte o nie postulaty praktyczne – wynikają z przesłanki fałszywej. Jednakże dążąc do demokratyzacji, wolności, samorządności i wybierając instrumenty prawne mające służyć tej aksjologii, ustawicznie popełnia się ten sam błąd, obierając instrument wprawdzie może konieczny, ale nie wystarczający do osiągnięcia tego zamierzenia. I oczywiście fałszywie interpretuje się przyczyny niepowodzenia.

Wprawdzie bowiem z fałszywych założeń mogą wynikać prawdziwe wnioski, ale bynajmniej nie jest to regułą, gdyż równie dobrze mogą zdarzyć się fałszywe konkluzje.

Ewa Łętowska Jerzy Zajadło

Czy Sąd Najwyższy znowu zdecyduje się na proceduralny banał?

Jerzy Zajadło – profesor nauk prawnych, specjalista w zakresie teorii i filozofii prawa, wykłada na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego.

Jakiś czas temu na tym portalu użyłem sformułowania „proceduralny banał” – rzecz dotyczyła postanowienia Sądu Najwyższego o zawieszeniu postępowania w sprawie kasacyjnej Mariusza  Kamińskiego do czasu rozstrzygnięcia rzekomego sporu kompetencyjnego przez Trybunał Konstytucyjny. Chodziło mi zresztą zarówno o samą decyzję, ale w jeszcze większym stopniu o mało finezyjne argumentacyjnie uzasadnienie. W atmosferze masowych protestów społecznych trzech sędziów orzekło bowiem tak,  jakby nie istniał żaden, po części im wrogi a po części przyjazny, świat zewnętrzny.

Teraz Sąd Najwyższy stoi w obliczu kolejnej trudnej próby – na 12 września wyznaczono bowiem termin posiedzenia, na którym ma rozstrzygnąć sprawę o jeszcze większym, wręcz fundamentalnym ciężarze gatunkowym (sygn. III CZP 15/17). Nie wchodząc szczegóły całej tej sprawy od samego jej początku, skupmy się tylko na tym, co ma być przedmiotem sędziowskich rozważań. A tym przedmiotem jest odpowiedź na następujące pytania prawne Sądu Apelacyjnego w Warszawie – zacytuję je w całości, ponieważ być może nie wszyscy je znają, a rzecz jest arcyciekawa nie tylko dla konstytucjonalistów, także dla teoretyków i filozofów prawa:

Czy sąd powszechny jest kompetentny do oceny umocowania osoby objętej aktem jej powołania na wolne stanowisko Prezesa Trybunału Konstytucyjnego do dokonywania czynności za Prezesa Trybunału Konstytucyjnego jako stronę albo uczestnika postępowania cywilnego, jeżeli z kopii dokumentów złożonych do akt wynikać mogą wątpliwości co do przewidzianej w art. 194 ust. 2 Konstytucji RP przesłanki przedstawienia przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Trybunału Konstytucyjnego kandydatów na to stanowisko –

a na wypadek udzielenia pozytywnej odpowiedzi na to pytanie: Czytaj dalej