Wartość Konstytucji (Ewa Łętowska)

Wartość Konstytucji[1]

Łańcuchy którymi zabezpiecza się  naród na  wypadek, gdyby ogarnęło go szaleństwo – to konstytucje,  symbol trwałości, więzi międzygeneracyjnej, tradycji historycznej.

Wieloznaczność jeffersonowskiej[2] metafory  obejmuje sobą dwie myśli. O konieczności ochrony jednostki przed tyranią władzy (stąd koncepcja granic stwarzanych ustawodawcy zwykłemu  i egzekutywie przez konstytucyjną Bill of Right). I pesymistyczne, ale jednocześnie pragmatyczne założenie, że każdej z równych władz inna musi patrzeć na ręce, nawet, jeśli ta obserwowana pochodzi z demokratycznych wyborów, a obserwującym jest niepochodzący z wyborów sąd (podział władz: checks and balance).

Fasadyzacja Konstytucji

Trwający od dwóch lat kryzys konstytucyjny, znamienny „wyłączeniem bezpiecznika” w postaci Trybunału Konstytucyjnego, polegał w dużym stopniu, choć nie tylko, na szeroko zakrojonych zmianach ustawodawstwa   dotyczącego Trybunału i sądownictwa. Uzasadniano to  powołaniem na wolę suwerena –  manipulacyjnie zredukowanego do aktualnej większości parlamentarnej, nie bacząc, że wkraczano tu w materie konstytucyjne.  I że większość parlamentarna to zaledwie jedna piąta całej populacji, uprawnionej do głosowania. Ustawodawstwo lat 2015 – 2018, polegające na okrojeniu ram wolności, przygotowało grunt do zwiększenia arbitralnego, nieprzejrzystego i nieobjętego efektywną kontrolą sądową działania władzy  legislatywy i egzekutywy – także wobec jednostek-obywateli.

Tym sposobem dokonała się w Polsce nie tylko  fasadyzacja zasad konstytucyjnych dotyczących zwłaszcza podziału władz i pozycji judykatywy, ale także korupcja procesu legislacyjnego. Przykłady to: niezrozumiały pośpiech ustawodawczy skracający terminy wszelkich etapów legislacyjnych, pozory konsultacji, fikcja trybów ustawodawczych (mających wszak do spełnienia ważną funkcję gwarancyjną). Dochodzi do naruszeń procedury legislacyjnej poprzez nagłe „wrzutki legislacyjne”, na różnych etapach pracy. To dezorientuje opozycję i ekspertów; proces legislacyjny, jest prowadzony metodą „na wymęczenie przeciwnika” (nocne obrady do skutku, w nieprzyjaznej atmosferze, ograniczanie swobody dyskusji i wypowiedzi dla opozycji).

Charakterystyczne, że obrona tych praktyk ze strony polityków (co można zaobserwować na przykładzie opracowanej przez rząd Białej Księgi oraz innych dokumentów mających wykazać bezzasadność zastrzeżeń wobec stanu praworządności w naszym kraju) obejmuje sobą głównie argument że przecież „istnieją przepisy” (właśnie uchwalone lub znowelizowane). Tym sposobem istotę prawa sprowadza się do semantycznych  zmian tekstowych, w oderwaniu od standardu ochrony kształtowanego przez praktykę na tle tego tekstu. Jeżeli zatem w dokumentach oficjalnych twierdzi się, że Trybunał Konstytucyjny pracuje normalnie, bo są przepisy to przewidujące, to przy takiej metodzie ma umknąć uwadze obserwatora, że dobiera się składy do poszczególnych spraw, że jednak nie są wyznaczane alfabetycznie, że niektórych sędziów wyznacza się rzadziej albo wcale, a innych – częściej, że już wyznaczone składy ulegają zmianom itd.  Przy metodzie prezentacji prawa zredukowanego do tekstu przepisu znikają  takie zjawiska jak „efekt mrożący” (np. wszczynanie postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów, których orzeczenia nie odpowiadają oczekiwaniom władzy wykonawczej, a o takich  wypadkach, wskazujących konkretne osoby z imienia i z nazwiska, donosi prasa).  Przy takiej metodzie  jako sprawy bez znaczenia są traktowane kampanie  finansowane ze środków publicznych, służące kreowaniu obrazu judykatywy jako środowiska skorumpowanego i nikczemnego.  Znika zjawisko wymiany kadr, co zwalnia też nad zastanawianiem się nad jego rozmiarami i rzeczywistym sensem. Oficjalnie także nie sposób dostrzec np. wybiórczo i ekscesywnie egzekwowanych przepisów prawa o wykroczeniach (przejawy demonstracji poglądów antyrządowych, traktowane jako wykroczenia, wybryki i chuligaństwo).

Opisana sytuacja charakteryzuje się więc fasadyzacją konstytucji, która nadto podlega zabiegom interpretacyjnym, określonym (przez gdańskiego profesora, Jerzego Zajadłę)  jako „wykładnia wroga konstytucji”[3]. Jest to strategia, oficjalnie i demonstracyjnie deklarująca  przestrzeganie konstytucji, ale jednocześnie prowadząca wobec niej samej i „czarną” kampanię PR („konstytucja wewnętrznie sprzeczna i konfliktogenna”, „konstytucja postkomunistyczna”, „konstytucja dla elit, nie dla ludzi” „konstytucja okresu przejściowego). Jest to więc strategia skrywająca się  za fasadowymi hasłami, stosowana jednakowoż z  premedytacją i w złej wierze. Ma charakter prawotwórczy: służy wykreowaniu w społeczeństwie  fałszywego obrazu konstytucji i prawa.

Obrona Konstytucji

„Po 20 latach od wejścia w życie Konstytucji RP prawnicy, politolodzy, socjolodzy, znawcy języka polskiego i języka polityki, ale także psycholodzy społeczni czy historycy idei i dziejów współczesnych zastanawiają się nad nieoczekiwanym zjawiskiem, jakim jest potrzeba obrony Konstytucji”[4] I  – drugi cytat ( to fragment , podjętej 12.6. 2018 r.   uchwały towarzystwa naukowego  ciała grupującego kilkudziesięciu  naukowców zajmujących się problematyką konstytucyjną w Polsce:  „Przyjęte w latach 2016-2018 ustawodawstwo  dotyczące sądownictwa konstytucyjnego, sądownictwa powszechnego, Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa narusza zasady dobra wspólnego, konstytucjonalizmu, demokratycznego państwa prawnego, podziału władz oraz  niezależności sądownictwa i stanowi zagrożeni dla tożsamości konstytucyjnej Rzeczypospolitej Polskiej, w szczególności wolności i praw  jednostki oraz  suwerenności wewnętrznej państwa. Polskie Towarzystwo Prawa Konstytucyjnego wzywa wszystkie organy władzy publicznej do przestrzegania Konstytucji RP i  bezzwłocznego, pełnego przywrócenia porządku prawnego zgodnego z Konstytucją”).

 „Obrona konstytucji” dotyczy jej miejsca i funkcji, kiedy staje się ona tarczą  – używaną przed sądem – chroniącą jednostkę przed ekscesami wybiórczego  stosowania prawa o wykroczeniach, gdzie ustawienie na ulicy znicza upamiętniającego śmierć  – jest kwalifikowane  jako śmiecenie, wygłaszanie haseł wiecowych – jako wybryk zakłócania ciszy hałasem, gdzie skrupulatnie nakłada się mandaty za używanie „słów powszechnie uznawanych za obelżywe” tylko jednej grupie niemiłych oratorów.  Chodzi zatem o nowe zjawisko: obrony  Konstytucji jako zwornika porządku prawnego i prawnej gwarancji statusu jednostki w państwie  i  zarazem obrony dobrego imienia  samej Konstytucji.

Niezależnie od tego jak potoczy się ta obrona, warto zastanowić się dlaczego w ogóle musiało do niej dość, dlaczego sama konstytucja okazała się zbyt nieodporna.

Dlaczego trudno nam było pokochać Konstytucję

 Konstytucja  jest tylko wtedy silna, jeśli jest znana  i szanowana w szerokich kręgach społecznych.

Patriotyzm konstytucyjny, świadomość, że konstytucja jest czymś ważnym, wartościowym, że nie tylko być może, ale że i   jest spoiwem społeczeństwa,  wyraźnie rzuca się w oczy  np. w USA. U nas  w gruncie rzeczy dopiero zaczyna kiełkować. Winna temu odmienność historii. Amerykański naród kształtował się krótko i szybko, w XIX wieku, dojrzewając w imigracyjnym tyglu.  To ułatwiało odnalezienie akurat w prawie i konstytucji dostatecznie pojemnego wspólnego mianownika, umożliwiającego   e pluribus unum[5] – powstanie wspólnoty wartości w demokratycznym, różnorodnym  społeczeństwie. Hasło „z wielu – jeden” początkowo dotyczyło połączenie stanów  w XVIII w. Z czasem zyskało głębszy sens, symbolizując amerykański meliting pot: jedność narodową, wzbogaconą o – i poprzez różnorodności.   W Polsce było inaczej.  Spóźniliśmy ze na  oświeceniowe święto prawa. W XVIII w właśnie prawo zaczynało nakładać wędzidła  absolutyzmowi władców, przekształcając poddanego w obywatela. Ale potem były rozbiory i utrata niepodległości. Nie bardzo kto miał nas nauczyć szacunku dla prawa.  Nowoczesne prawo i jego mechanizmy  to były przecież instrumenty opresji  zwalczanych zaborców. Dwudziestolecie międzywojenne przyniosło destrukcyjną lekcję: konstytucję marcową zamieniono na kwietniową w wyniku mało budującej manipulacji parlamentarnej. W Polsce Ludowej konstytucja – jak i w innych krajach socjalistycznych – była podobna do menu  w kiepskiej  restauracji zawierającego spis dań – których kuchnia „nie wyda, bo wyszły”[6].  Trudno zaś uważać za coś wartościowego  byt jałowy. Konstytucja z 1952 r. dla jednostek, obywateli – niewiele znaczyła. Nie dawała się bezpośrednio stosować w sądach i niczego  realnie nie gwarantowała.

Wreszcie nasza obecna Konstytucja z 1997 r. Przyjęto ją w referendum ogólnonarodowym, tym sposobem umacniając  jej legitymizację. Obowiązuje dwadzieścia lat. Ma rozbudowaną regulację dotycząca praw i wolności jednostki, ujętą nowocześnie, na wzór Europejskiej Konwencji o Ochronie Podstawowych Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, a to umożliwia czerpanie z dorobku orzecznictwa strasburskiego. Przewidziano w niej bezpośrednią skargę, którą może uruchomić jednostka, obywatel, zwracając się do Trybunału gdy jego konstytucyjne prawa lub wolności zostają naruszone.   Wydawałoby się, Konstytucja 97, tak odmienna od chudego menu Konstytucji z 1952 r., powinna zapuścić solidne korzenie i nabrać wartości dla obywateli.  Ale jednocześnie: referendum konstytucyjnemu w 1997 r. towarzyszyła (dziś już nieco zapomniana) kampania paskudnego hejtu; przesłanki skargi konstytucyjnej  ujęto  pokrętnie i hipokryzyjnie. Skarga więcej obiecuje, niż daje:   umożliwia ochronę  przed niekonstytucyjnym przepisem stanowiącym podstawę wyroku. Nie chroni natomiast przed znacznie częstszym  zjawiskiem:  niekonstytucyjnym stosowaniem przez sąd  – konstytucyjnego prawa.

Sądy nie tylko nie były przyzwyczajane, ale wręcz zniechęcane   do odwoływania się do konstytucji.   W kręgach prawniczych uważano bowiem, że kontrola konstytucyjności powinna mieć charakter skoncentrowany, to jest należeć tylko do Trybunału Konstytucyjnego. Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy  niemiło się spierały w tej kwestii, a w   rezultacie sądy nie nauczyły się stosowania konstytucji. Co gorzej, nasi sędziowie  „trwają w tradycji prawniczego formalizmu, zgodnie z którym powierzchowna zgodność działania z literą prawa wystarcza, aby uznać to działanie za legalne. Aby odeprzeć atak na praworządność musieliby sięgnąć poza literę prawa i argumentować z jego ducha. Jest to jednak krok, którego formaliści nie są w stanie wykonać.”[7] To zresztą tłumaczy dlaczego tak trudno wyrokom sądowym i sędziom zyskać w Polsce społeczną akceptację (kto lubi formalistów!) i zarazem jak łatwo poddać je łatwej, chwytliwej medialnie krytyce, operującej argumentami „sprawiedliwościowymi”.

Wspomniałam, że współcześnie „liczy się” nie samo brzmienie uchwalonych tekstów, wydanych wyroków, podpisanie konwencji, paktów, umów międzynarodowych i grubość Dzienników Ustaw. Poszczególne państwa „rozlicza się”  oceniając  nie sam fakt podpisania konwencji, uchwalenia ustawy, czy wydania wyroku, ale to, czy  i jak działają one w praktyce, czy ich wykonanie zapewnia efektywną ochronę. W Polsce niedocenienie wartości Konstytucji wzięło się stąd, że nie zadbano o standardy, że istnieje rozdźwięk między tym co tekście, potencji a tym, jaki jest  standard ochrony.

  Sumując: udatnemu założeniu, jakim jest tekst Konstytucji z 1997 r. nie  udało się przekonać o swej wartości najszerszych kręgów społecznych. Potencjał konstytucji  zawarty w tekście[8] nie przekształcił się  w realność konstytucyjnego standardu.  Zabrakło systematycznej działalności promocyjnej, pracy sądów, wysiłku prawników, którzy powinni ją  tłumaczyć, propagować i upowszechniać.  Nie nabyliśmy konstytucyjnego patriotyzmu; nie pokochaliśmy Konstytucji z 1997 r. Symbolem niezręczności  wysiłków promocyjnych  były  bliższe hapeningowi niż promocji konstytucjonalizmu, próby (mocno zresztą krytykowane) –  zmiany tradycyjnych form celebracji  symboli (wspólna konsumpcja „orła z czekolady” jako symbolu Święta Flagi).

Teraz, gdy szczególnie potrzeba obrony konstytucyjnej, sama konstytucja wymaga obrony. I albo się tego nauczymy, albo stracimy tarczę ochronną, której nie nauczyliśmy się szanować, konserwować  i utrzymywać w należytym stanie, kiedy był na to czas.

 

 


[1] Jest to tekst skrócony wykładu wygłoszonego na Kongresie Kobiet, w Łodzi 16 czerwca 2018 r. Oryginalnie ukazał się na portalu: https://liberte.pl/

[2] Th. Jefferson, Draft of Kentucky Resolution, 1798

[3] http://konstytucyjny.pl/interpretatio-constitutionis-hostilis/

[4] M. Wyrzykowski, Obrona Konstytucji RP, Kwartalnik o Prawach Człowieka nr 3-4/2017, s. 5.

[5] Sentencja umieszczona na monetach amerykańskich i na urzędowej pieczęci USA, w towarzystwie amerykańskiego orła. Sentencja ta aż do 1956 r., zanim zastąpiło ją „In God we trust”, była oficjalnym motto państwowym.

[6] E. Łętowska, Po co ludziom konstytucja, Warszawa 1995, s. 5.

[7] M.Matczak, Frustracja, formalizm, i Fromm, Tygodnik Powszechny z 15.4.2018, s. 24

[8]  Istnienie takiej ewentualności uważałam za możliwe już  w 1997 r.: E. Łętowska, A Constitution of Possibilities, East European Constitutional Review 1997, nr 2-3, s. 76 – 80.