Jerzy Zajadło

Niedemokratyczne państwo bezprawia (Jerzy Zajadło)

Gdyby do działań PiS z ostatnich kilkunastu miesięcy przyłożyć niektóre z powojennych tez Gustava Radbrucha, to trzeba ze zdumieniem i przykrością stwierdzić, iż dzisiejsza Polska jest niedemokratycznym państwem bezprawia. Trudno się więc dziwić, że z trudem pasuje do aksjologii leżącej u podstaw Unii Europejskiej.


2 maja 2016 roku Jarosław Kaczyński zadeklarował jednoznacznie niepodważalność dalszego polskiego członkostwa w Unii Europejskiej, a wzywających do referendum w tej sprawie nazwał politycznymi szkodnikami i awanturnikami. Napisałem wówczas na łamach prasy codziennej (Gazeta Wyborcza 4 maja 2016 – Hermeneutyka polityki PiS), że te słowa powinny być poważnym ostrzeżeniem, ponieważ mogą oznaczać coś dokładnie odwrotnego. Życie zdaje się potwierdzać tę prognozę. Obecnie prezes PiS twierdzi bowiem, że wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej oznaczać będzie zupełnie inną Unię. W domyśle – Unię, w której nie ma miejsca dla Polski (gwoli ścisłości – Polski urządzonej według zasad PiS).

Tkwi w tym pewien paradoks – jeśli bowiem Donald Tusk złamał, jak twierdzi PiS, jakieś zasady propagowane przez tę partię, to znaczy że nie ma lepszej rekomendacji dla jego kandydatury, ponieważ całej Europie obce są te zasady. Trzeba bowiem przypomnieć jeszcze inne słowa analizowane swego czasu na łamach codziennej prasy (Gazeta Wyborcza 1 marca 2016 – Spór o Trybunał). Chodziło o następującą wypowiedź prof. Zbigniewa Stawrowskiego: To co konstytucjonaliści uważają zazwyczaj za niewzruszone dogmaty, np. zasady demokratycznego państwa prawa, niezależności sędziowskiej czy zwłaszcza trójpodziału władzy, wcale nie jest takie oczywiste. Sens tych pojęć wymaga wyjaśnienia, a nie przyjmowania ich na wiarę (…). (Rzeczpospolita 20-21 lutego 2016). Dla konstytucjonalistów te słowa muszą być szokujące. Tym bardziej szokujące, że w praktyce PiS poszedł jeszcze dalej i wyszedł wyłącznie poza poziom proponowanej reinterpretacji paradygmatów.

Otóż to. Minął rok i widać wyraźnie, że PiS nie chodzi wyłącznie o „wyjaśnienie” tych pojęć, chodzi o ich całkowite zaprzeczenie, a więc o niedemokratyczne państwo bezprawia, zależność sędziowską i jednolitość władzy skoncentrowanej w tzw. centralnym ośrodku decyzji politycznej o charakterze pozakonstytucyjnym. Jedni podpiszą się pod tą tezą, ponieważ od samego początku przewidywali taki scenariusz wydarzeń; inni gwałtownie zaprotestują i uznają ją za histeryczną przesadę, ponieważ wierzą w sanacyjny charakter „dobrej zmiany”. Jednak fakty zdają się przemawiać za koniecznością nazywania rzeczy po imieniu. Potencjalnym krytykom z góry odpowiadam – ja nie oceniam faktów, tylko je opisuję. Jeśli coś oceniam, to wyłącznie ewentualne skutki tych faktów.

Po pierwsze, proces legislacyjny zamienił się w farsę. Sejm, Senat i prezydent stały się organami, które bezkrytycznie i bezwolnie akceptują projekty ustaw powstające wprawdzie formalnie w ramach obowiązujących procedur, ale faktycznie będące emanacją kapryśnej i nieprzewidywalnej woli tzw. centralnego ośrodka decyzji politycznej. Wszystko to odbywa się bez jakichkolwiek konsultacji społecznych i bez brania pod uwagę głosu opozycji parlamentarnej, nawet tam gdzie prawo wyraźnie tego wymaga. Z punktu widzenia utrwalonych w jurysprudencji zasad takie prawo przestaje być prawem, staje dyktatem przyobleczonym tylko formalnie w szaty ustawy, w rezultacie – jest ustawowym bezprawiem. Prawo wymaga bowiem nie tylko spełnienia kryteriów nazwanych przez Lona L. Fullera jego wewnętrzną moralnością, lecz także określonego trybu uchwalania.

Po drugie, projektowane zmiany statusu Krajowej Rady Sądownictwa i reorganizacji systemu organów wymiaru sprawiedliwości wyraźnie zmierzają już nie tylko do naruszenia zasad podziału władzy (art. 10 konstytucji) i odrębności władzy sądowniczej (art. 173 konstytucji). Ich celem jest wręcz przekształcenie sędziów i sądów w posłusznych wykonawców woli wspomnianego centralnego ośrodka – w równym stopniu, w jakim się to już stało udziałem władzy ustawodawczej i wykonawczej. Tak pojęte sądy przestaną być sądami i trudno znaleźć odpowiednie słowo na określenie ich istoty. Nie mamy więc do czynienia wyłącznie z reinterpretacją pojęć, lecz z ich całkowitą negacją.

Nie przeczę, być może (chociaż wątpię) większość społeczeństwa akceptuje taki model i chce żyć w takim państwie. Jeśli tak, to trudno – nie nazywajmy jednak tego państwem prawa, trzeba będzie stworzyć jakąś nową terminologię. Na razie jest jednak tak, jak napisał swego czasu wspomniany Gustav Radbruch – „Korzyść własną panujących widzi się jako korzyść powszechną. I tak oto utożsamianie prawa z rzekomą lub domniemaną korzyścią narodu zmieniło państwo prawa w państwo bezprawia”. Ktoś może oczywiście powiedzieć, że Radbruch napisał te słowa pod wpływem perwersji systemu nazistowskiego i że trudno dopatrywać się w nich jakichkolwiek historycznych analogii. Dzisiaj jednak już wiemy, że słowa niemieckiego filozofa prawa mają charakter uniwersalny i ponadczasowy. W związku z tym trudno nie zauważyć ich adekwatności w kontekście polskiej sytuacji – niestety, pasują jak ulał.

Stoimy więc w obliczu gigantycznego paradoksu, ponieważ przyszło nam chronić prawo i sprawiedliwość przed „Prawem i Sprawiedliwością”. Nie jesteśmy bowiem w stanie zaakceptować „filozofii prawa” zarysowanej przez premiera Mateusza Morawieckiego w pamiętnym wywiadzie dla niemieckiej stacji telewizyjnej Deutsche Welle. Ten sam Radbruch napisał bowiem też inne zdanie – „Nie, nie może tak być: wszystko, co służy narodowi, jest prawem; raczej odwrotnie: tylko to jest prawem, co służy narodowi”.

Ale Radbruch napisał jeszcze coś i to powinno być w gruncie rzeczy treścią ustaleń niedawnej katowickiej konferencji „Sędzia a Konstytucja”: „Jeśli ustawy świadomie zaprzeczają sprawiedliwości, np. arbitralnie przyznają i odbierają ludziom ich prawa, to nie obowiązują, naród nie jest zobowiązany do ich przestrzegania, a prawnicy również powinni zdobyć się na odwagę odmówienia im charakteru prawa”. Przełożone na grunt aksjologii konstytucyjnej te słowa nie oznaczają niczego innego, jak tylko prawo lub wręcz obowiązek sędziów do bezpośredniego stosowania konstytucji (lub jak chcą niektórzy – rozproszonej kontroli konstytucyjności prawa).

Autor jest profesorem, kierownikiem Katedry Teorii i Filozofii Prawa na WPiA Uniwersytetu Gdańskiego.

Wytłuszczenia – konstytucyjny.pl