Sprawiedliwość komisji weryfikacyjnej – szlachetny sen i nocna mara

Jerzy Zajadło

Sprawiedliwość to piękne słowo. Jest z nim jednak po trosze tak, jak z prawdą w słynnym dialogu Jezusa z piłatem. Na słowa Jezusa o dawaniu świadectwa prawdzie piłat odpowiedział pytaniem: Prawda, a cóż to jest prawda? I odpowiedź podobno nie padła – niektórzy twierdzą, że na całe nasze szczęście.

Ostatnio sprawiedliwość jest na ustach wszystkich w kontekście reprywatyzacji – zadość sprawiedliwości ma uczynić komisja weryfikacyjna kierowana przez wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego, sprawiedliwe rozwiązanie zapowiedział również ten sam Patryk Jaki ogłaszając założenia projektu tzw. dużej ustawy reprywatyzacyjnej. Tym razem także możemy jednak zapytać: Sprawiedliwość, a cóż to jest sprawiedliwość? Filozofowie prawa wiedzą bowiem doskonale, że nie istnieją jedne i uniwersalne kryteria sprawiedliwości, znacznie łatwiej przychodzi nam określenie, co w konkretnym przypadku jest niesprawiedliwością, zwłaszcza jeśli jest to niesprawiedliwość rażąca.

I w tym sensie weryfikacja niektórych warszawskich decyzji reprywatyzacyjnych ma oczywiście głęboki sens, ponieważ wszystko wskazuje na to, że wiele z nich obciążonych jest odium rażącej niesprawiedliwości. Z różnych powodów – a to z powodu naruszenia prawa materialnego, a to z powodów proceduralnych, a to wreszcie z uwagi na towarzyszącą im działalność przestępczą. Ostatnio Naczelny Sąd Administracyjny potwierdził w swoim orzeczeniu, że komisja weryfikacyjna ma ustawowe podstawy funkcjonowania i w związku z tym nie istnieje spór kompetencyjny pomiędzy nią i organem samorządu terytorialnego. Nie odniósł się natomiast do samej ustawy powołującej komisję weryfikacyjną, chociaż mógł to zrobić w uzasadnieniu swojej decyzji.

I tutaj dochodzimy do sedna problemu, o który mi chodzi z pozycji filozofa prawa. Sprawiedliwość w znaczeniu materialnym to tylko szlachetny sen – może, ale nie musi się spełnić z uwagi na brak uniwersalnych kryteriów. Szanse na jego realizację rosną jednak wówczas, gdy sprawiedliwości materialnej towarzyszy jednocześnie sprawiedliwość proceduralna. By nie było wątpliwości – nie daje to stuprocentowych gwarancji, znacznie jednak zwiększa szanse. Naruszanie sprawiedliwości proceduralnej może bowiem spowodować, że szlachetny sen odwracania skutków niesprawiedliwej decyzji reprywatyzacyjnej zmieni się w swoje przeciwieństwo – w nocną marę decyzji podjętej z naruszeniem elementarnych reguł sprawiedliwości proceduralnej. Kiedyś być może wiatr historii zawieje w drugą stronę i trzeba będzie ponownie odwracać skutki decyzji podjętych wprawdzie w szlachetnym celu, ale proceduralnie równie niesprawiedliwych jak decyzje, których same dotyczyły. To jest błędne koło i jego skutków można uniknąć tylko wówczas, gdy warunkach demokratycznego państwa prawa potraktujemy komplementarnie oba rodzaje sprawiedliwości – materialną i proceduralną. Jestem przekonany, że to właśnie miał na myśli Rzecznik Praw Obywatelskich podnoszący swoje wątpliwości co do prawidłowości faktycznego funkcjonowania komisji weryfikacyjnej, a zwłaszcza sposobu prowadzenia postępowania przez jej przewodniczącego. Spotkała go jednak charakterystyczna odpowiedź – zarzucono mu bowiem, że upominanie się o sprawiedliwość proceduralną oznacza opowiedzenie się po stronie oszustów i złodziei z reprywatyzacyjnej mafii. To oczywisty absurd, ale charakterystyczny dla pewnej populistycznej retoryki mającej przykrywać brak kompetencji i prawniczą ignorancję.

Ale jest także drugi problem – nie tylko faktyczne funkcjonowanie komisji weryfikacyjnej, lecz także niektóre rozwiązania powołującej ja do życia ustawy. Ich szczegółowa analiza przekraczałaby oczywiście zarówno ramy tego krótkiego felietonu, jak i moje kompetencje. Skupię się więc tylko na rzeczy podstawowej – samej filozofii powoływania specorganu wyposażonego wprawdzie w kompetencje zbliżone do sądowych, ale jednocześnie par excellence politycznego i z pozorami prawniczo kompetentnego składu. W normalnie funkcjonującym państwie prawa zadanie powierzone komisji weryfikacyjnej powinny wykonać prokuratura i sądy. Ktoś może odpowiedzieć – powołano speckomisję, ponieważ prokuratura i sądy nie działają jak należy. Przepraszam, nie kupuję tej wersji. W moim przekonaniu daleko bardziej chodzi o kolejny aktu demontażu państwa prawa i deprecjonowanie, by nie powiedzieć – upadlanie, organów wymiaru sprawiedliwości, tak naprawdę wyłącznie po to, by przejąć nad nimi polityczną kontrolę.

Powoływanie specorganu o charakterze quasisądowym prędzej czy później prowadzi do naruszania sprawiedliwości proceduralnej pod pozorem dążenia do osiągnięcia sprawiedliwości materialnej. Przypomina mi to pewien epizod z historii amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. W 1850 roku spór o niewolnictwo osiągnął swoje polityczne apogeum i w związku z tym zawarto kompromis pomiędzy Północą i Południem. Kością niezgody był problem wydawania zbiegłych niewolników na podstawie orzeczenia sądowego. Ponieważ wielu sędziów stanowych z Północy miało przekonania abolicjonistyczne, a sędziów federalnych było zbyt mało, by wykonać ten obowiązek, uchwalono nową ustawę o zbiegłych niewolnikach przewidującą powołanie nowego organu – specjalnych komisarzy wyposażonych wprawdzie w takie prawa jak sędziowie, ale bez obowiązku przestrzegania sądowych procedur i bez gwarancji sprawiedliwego procesu oraz bardzo często bez jakichkolwiek prawniczych kompetencji. Towarzyszyła temu dosyć dziwna regulacja w zakresie wynagradzania – jeśli komisarz orzekł wydanie niewolnika, otrzymywał dziesięć dolarów, w przeciwnym wypadku tylko pięć. Jak tłumaczono tę dziwną różnicę? Otóż uznano, że w przypadku decyzji nakazującej wydanie komisarz ma więcej tzw. papierkowej roboty.

Ktoś może powiedzieć, że to porównanie jest niezbyt adekwatne, ale moim zdaniem są to tylko pozory. W rzeczywistości mamy do czynienia z podobnym mechanizmem o takich samych skutkach – abstrahowaniem od reguł sprawiedliwości proceduralnej, które jest wprost proporcjonalne do braku prawniczych kompetencji. Podobny jest też politycznie zdeterminowany cel. Społeczny odbiór wykazania niesprawiedliwości materialnej nawet kosztem sprawiedliwości proceduralnej jest propagandowo i politycznie bezcenny, wart znacznie więcej niż dziesięć dolarów. Z kolei decyzja komisji potwierdzająca prawidłowość decyzji reprywatyzacyjnej z zachowaniem reguł proceduralnych wprawdzie ucieszy prawników, ale propagandowo i politycznie, z punktu widzenia podstawowego chociaż zakamuflowanego zadania komisji weryfikacyjnej, jest kompletnie nic nie warta, nawet pięciu dolarów.

Prawo raczej nie znosi wszelkich wyjątkowości opatrzonych przedrostkiem „spec”, ponieważ jego naturalnym środowiskiem jest normalność. Używając metafory prof. Ewy Łętowskiej, rytm czasu znacznie lepiej wyznacza tutaj precyzyjny mechanizm proceduralnego zegara niż dźwięk bliżej nie określonej sprawiedliwości materialnej wielkiego dzwonu. Zwłaszcza gdy dźwięk wielkiego dzwonu nie zawsze jest czysty – zarówno pod względem intencji, jak i rezultatu.