Szanowni Państwo!

Łatwo mi się domyślać, co czuje laureat nagrody im. Edwarda J. Wende, ponieważ dwa lata temu sam stałem przed Państwem w tej roli. To niesamowite i niezapomniane doznanie, które trudno wyrazić słowami. Jak widzę w programie dzisiejszego spotkania, organizatorzy zaplanowali na tę laudację dwadzieścia minut. Z jednej strony to mało, z uwagi na osobę, o której mam mówić. Z drugiej jednak jak na laudację, to bardzo dużo, ponieważ łatwo wpaść w pewien patetyczny banał, którego za wszelką cenę chciałbym uniknąć właśnie z uwagi na osobę bohatera dzisiejszego wieczoru.

Równo rok temu w biurze Rzecznika Praw Obywatelskich miałem przyjemność uczestniczyć w debacie z profesor Ewą Łętowską – jej przedmiotem była świeżo wydana przeze mnie książka „Lord Mansfield. Sędzią być!”. Rzecz ma z pozoru charakter wyłącznie historyczny, ponieważ dotyczy wybitnego angielskiego sędziego z 18. wieku – Williama Murraya, Lorda Mansfield. Ale historia jest tam tylko pretekstem do tego, by podyskutować o ponadczasowych paradygmatach sędziowskiego etosu i stąd podtytuł „Sędzią być!”. W czasie tamtej debaty obecny był także prokurator Krzysztof Parchimowicz, przewodniczący stowarzyszenia Lex super omnia, który zaapelował do obecnych o solidarność wszystkich polskich prawników w obronie demokratycznego państwa prawa. I zobaczcie Państwo cóż to za niesamowity zbieg okoliczności – kiedy stoję tu przed Państwem i wygłaszam laudację na cześć tegorocznego laureata nagrody imienia Edwarda Joachima Wende, parę kilometrów stąd prof. Ewa Łętowska wygłasza podobną mowę pochwalną na cześć prokuratora Parchimowicza z okazji przyznania mu nagrody fundacji imienia wspaniałych postaci, nieodżałowanej pamięci Janiny Paradowskiej i Jerzego Zimowskiego.

Po debacie podszedł do mnie człowiek, którego nie znałem wprawdzie wcześniej osobiście, ale dzięki środkom masowego przekazu doskonale wiedziałem kim jest – to dzisiejszy laureat Nagrody im. Edwarda Joachima Wende, sędzia Igor Tuleya. W rękach trzymał mocno sfatygowany, obłożony w gazetę egzemplarz mojej książki „Nieposłuszny obywatel RP” i poprosił mnie o autograf. W normalnych okolicznościach taki autorski podpis jest czynnością dosyć mechaniczną i konwencjonalną, ale w tym przypadku tak nie było. Okazało się bowiem, że sędziowski egzemplarz jest pełen podkreśleń, wykrzykników, znaków zapytania i osobistych zapisków na marginesie. Nawet więcej, okazało się również, że sędzia Tuleya korzysta z niej posiłkowo w swojej bieżącej pracy orzeczniczej w sprawach, w których w grę wchodzi instytucja obywatelskiego nieposłuszeństwa (civil disobedience).

Rzeczywiście, ta książka jest próbą współczesnej interpretacji różnych aspektów tej instytucji, ale jest w niej także rozdział poświęcony odpowiedzi na inne, dosyć paradoksalne pytanie: czy istnieje coś takie jak sędziowskie nieposłuszeństwo (judicial disobedience)? Ten paradoks polega na tym, że obywatelskie nieposłuszeństwo dotyczy konfliktu obywatela z władzą, a przecież sędzia sam jest częścią władzy. Jak więc i kiedy oraz wobec kogo i czego sędzia może być „nieposłuszny”? Z pozoru w formule „sędziowskie nieposłuszeństwo” tkwi więc pewna wewnętrzna sprzeczność. Jeśli jednak poważnie podejdziemy do demokratycznego państwa prawa opartego na trójpodziale władzy, to może się okazać, że w pewnych szczególnych okolicznościach, a z takimi mamy w Polsce obecnie do czynienia, ten paradoks znika, a nieposłuszeństwo sędziego staje się wręcz jego moralno-prawnym imperatywem.

I tak właśnie pojmuję aktywność sędziego Igora Tulei w sferze publicznej. Nie chcę jednak rozwijać tego tematu – determinacja w realizacji tego moralno-prawnego imperatywu już przysporzyła sędziemu Igorowi Tulei sporo niezasłużonych kłopotów, przykrości i szykan. Być może ta nagroda przysporzy mu nawet dodatkowych, ale nie sądzę, żeby się tego obawiał czy też szczególnie się tym przejmował, przeciwnie – jestem pewien, że doda mu ona sił i jeszcze bardziej utwierdzi go w słuszności jego protestu.

Jak wiadomo, nagroda imienia Edwarda Joachima Wende przyznawana jest osobom fizycznym, które: po pierwsze, działają zgodnie z zasadami etyki zawodowej i profesjonalizmu; po drugie, w swojej działalności wyróżniły się odwagą cywilną i niezłomnością zasad; po trzecie, bezinteresownie działają na rzecz dobra publicznego; i po czwarte wreszcie,  bezinteresownie działają na rzecz praw człowieka i obywatela.

Kiedy myślimy o osobie sędziego Igora Tulei, najczęściej koncentrujemy się na Jego odwadze i niezłomności, z jaką broni niezależności sądów i niezawisłości sędziów; rzadziej zwracamy natomiast uwagę na uwagę na pierwsze kryterium nagrody – działanie zgodnie z zasadami etyki zawodowej i profesjonalizmu. Takie działanie nie jest bowiem tak spektakularne, jak odwaga i niezłomność w wystąpieniach publicznych, jest natomiast gdzieś głęboko ukryte w orzeczeniach sędziego Igora Tulei, a te zapadają najczęściej w zaciszu czterech ścian sali sądowej bez obecności kamer telewizyjnych.

Warto poświęcić temu kilka zdań, ponieważ pewna szczególnie etyczna i szczególnie profesjonalna filozofia sądzenia jest czymś, co wyróżnia orzecznictwo sędziego Igora Tulei. Dwa elementy mają tutaj znaczenie podstawowe – argumentacja i komunikacja, chociaż w pewnej codziennej rutynie często umykają one uwadze wielu sędziów. A przecież w sądzeniu nie powinno chodzić wyłącznie o wydanie wyroku na drodze prostego sylogizmu poprzez mechaniczne sklejenie normy i stanu faktycznego, lecz o wymiar sprawiedliwości, a wiec, mówiąc językiem filozofii prawa, o znalezienie w konkretnym stanie faktycznym najbardziej słusznego rozwiązania (ius), na podstawie obowiązującego prawa (lex).

Sędzia powinien więc w uzasadnieniu precyzyjne wyjaśnić, dlaczego postąpił właśnie w ten, a nie inny sposób, przekonując samego siebie do słuszności swojego orzeczenia (argumentacja). Ale nie wystarczy przekonanie samego siebie, trzeba jeszcze poszukać pewnej nici porozumienia i zrozumienia (komunikacja) z tymi, których wyrok dotyczy (strony) i tymi, którzy będą go oceniać (inni sędziowie, opinia publiczna).

I taki jest właśnie sędzia Igor Tuleya. Uzasadniając swój wyrok przede wszystkim argumentuje – nie sili się przy tym na oratorskie popisy, ponieważ, mam nadzieję że mi wybaczy tę ocenę, nie jest wybitnym mówcą, natomiast jest bardzo dobrym prawnikiem. Trochę odwrotnie niż Cyceron, który był wprawdzie wybitnym oratorem, ale prawdopodobnie w rzymskim rozumieniu w ogóle nie był prawnikiem. Sędzia Tuleya przede wszystkim argumentuje więc jasno, logicznie, rzeczowo, precyzyjnie i konsekwentnie: dlaczego tak a nie inaczej ocenił dowody; dlaczego tak a nie inaczej zinterpretował przepisy prawa; wreszcie dlaczego wydał taki a nie inny wyrok. Nie mówi tego jednak wyłącznie do siebie, przede wszystkim próbuje przekonać nas wszystkich, że ma rację i że znalazł ius. I właśnie takiego wymiaru sprawiedliwości broni sędzia Igor Tuleya nie tylko w swojej działalności publicznej, lecz przede wszystkim na sali sądowej.

Nie przez przypadek przywołałem osobę Cycerona. Prawnicy kochają język łaciński i da się to w prosty sposób wytłumaczyć – po pierwsze, współczesna jurysprudencja ma swoje korzenie w rzymskim antyku; po drugie, w łacińskich terminach, zwrotach i sentencjach łacińskich prawniczych jest zakumulowana przez wieki mądrość, do której chętnie się odwołują. Chciałbym zwrócić Państwa uwagę na dwie sentencje, które wyznaczają dwie skrajnie pewnej skali, po której muszą poruszać się prawnicy, zwłaszcza sędziowie, a więc także Igor Tuleya.

Na jednym biegunie znajduje się paremia dura lex sed lex (twarde (surowe) prawo, ale prawo). Współcześnie to powiedzenie stało się już tak wyświechtanym i banalnym sloganem, że żaden  prawnik nie może, a właściwie nie powinien traktować go całkiem poważnie. Zwłaszcza że nie bardzo wiadomo, kto i kiedy sformułował tę zasadę w takiej postaci – w oryginale brzmiało to bowiem zupełnie inaczej. Takie zdanie rzeczywiście pojawia się w justyniańskich Digestach, gdzie Ulpian, rzymski prawnik z 2. wieku n.e. twierdzi: durum sed ita lex scripta est (surowo, ale tak została napisana ustawa). To jednak  zupełnie co innego niż kategoryczne i generalizujące dura lex sed lex. Ulpian nie pisał bowiem o prawie w ogóle, lecz o bardzo konkretnej ustawie, którą uznał za surową. Chodziło o ustawę, która zakazywała kobiecie oskarżonej o cudzołóstwo (adulterium) wyzwalania swoich niewolników. Dlaczego? Głównie z tego powodu, że najczęściej to niewolnik był świadkiem zdrady swojej pani i nie chciano się pozbywać tego źródła dowodowego. Niewolnika, w odróżnieniu od osób wolnych i wyzwoleńców, wolno było bowiem torturować w celu wydobycia zeznań. To surowe, pisze więc Ulpian, ale tak została napisana ta konkretna ustawa.

Na drugim biegunie tej skali znajduje inna znana sentencja – lex iniusta non est lex (prawo niesprawiedliwe nie jest prawem). Coś nas prawników ciągnie w kierunku tej paremii, ale tak naprawdę nie bardzo wiemy co z nią zrobić. Zdajemy sobie bowiem sprawę z niebezpieczeństwa sytuacji, w której każdy sędzia miałby możliwość podważania obowiązywanie prawa w oparciu o swoje subiektywne poczucie sprawiedliwości. Ale i w tym przypadku mamy do czynienia z pewnym zniekształceniem pierwowzoru. Podobne zdanie odnajdziemy bowiem wprawdzie u św. Augustyna w dialogu De libero arbitrio (O wolnej woli), ale brzmi ono mniej kategorycznie: Nam mihi lex esse non videtur, quae iusta non fuerit (Nie wydaje mi się, by prawem było coś, co nie zmierza do sprawiedliwości). Mamy tutaj do czynienia nie z kategoryczną tezą, lecz z wątpiącą hipotezą – Augustyn ma zastrzeżenia (non videtur) co do prawa, którego celem nie jest sprawiedliwość (quae iusta non fuerit). Różnica jest więc zasadnicza.

Sędziowie zawsze wiszą pomiędzy pięknym ideałem prawa a brzydotą opresyjnej realności – jak w przejmującym obrazie Gustava Klimta Jurisprudenz. Jak zbliżą się przesadnie do formuły dura lex sed lex – zarzucimy im formalizm i bezduszność. Jak z kolei oscylują w kierunku lex iniusta non est lex – pojawi się oskarżenie o sędziowski aktywizm i arbitralizm. Tak źle i tak niedobrze. Zawsze pomiędzy mitycznymi Scyllą i Harybdą (lub bardziej swojsko – między młotem i kowadłem). Ciągle trzeba szukać złotego arystotelesowskiego środka, a więc ciągle są w trudnej sytuacji, chociaż raz mniej, raz bardziej – w zależności od stopnia rozwarcia pomiędzy wartościami prawdy, sprawiedliwości i prawa a oplecioną mackami morskiego stwora ofiarą realnego wymiaru sprawiedliwości według wizji Gustava Klimta.

Kiedy w 1787 roku uchwalono amerykańską konstytucję, dosyć szybko zaczęły powstawać komentarze do tego aktu. Pierwszym z nich były tzw. Pisma Federalistów (The Federalist Papers) autorstwa Johna Jaya, Jamesa Madisona i Alexandra Hamiltona. Miały specyficzną strukturę i kolejne tezy były numerowane. Pod numerem 78. Alexander Hamilton scharakteryzował pozycję ustrojową sędziów tworzących wymiar sprawiedliwości (judiciary). Jego zdaniem sądownictwo to „najmniej niebezpieczna władza” (the least dangerous branch), ponieważ „nie ma wpływu ani na miecz, ani na sakiewkę” (has no influence over either the sword or the purse). Od czasów Hamiltona sytuacja uległa jednak zasadniczej zmianie. Judykatywa nie jest bowiem aż tak bezbronna, jak sądził Hamilton. Nie ma wprawdzie „miecza i sakiewki”, te dzierżą prezydent i kongres, ale ma inny bardzo istotny oręż – jest strażnikiem wartości konstytucyjnych. I właśnie dlatego sędziowie zawsze są w ciężkich czasach – zawsze bowiem działają w warunkach aksjologicznego rozwarcia, ponieważ nigdy wartości konstytucyjne nie pokrywają się w stu procentach z polityczną i społeczną rzeczywistością. To rozwarcie pomiędzy ideałem prawa i jego faktyczną realnością raz może być większe, raz mniejsze – zawsze jednak istnieje.

Gustav Klimt, "Jurisprudenz"

Gustav Klimt, “Jurisprudenz”

By pokazać mechanizm powstawania i funkcjonowania tego fenomenu, chciałem Państwu pokazać na zakończenie wspomniany wcześniej obraz Gustava Klimta, a tegorocznemu laureatowi Nagrody im. Edwarda Joachima Wende, sędziemu Igorowi Tulei, życzyć dotychczasowej niezłomności w staniu na straży konstytucyjnej aksjologii.

A więc Panie Sędzio – myślę, że tę nagrodę dostaje Pan głównie za to, że nigdy Pan nie zapomniał o tym podstawowym przesłaniu etosu zawodu sędziego. Nawet jeśli wskutek różnego instrumentalizacji rzeczywisty obraz prawa w trudnych dla niego czasach staje brzydki, opresyjny, fałszywy, a momentami nawet podły, to nic nie zwalnia sędziów z obowiązku przenoszenia tych idei – lex, veritas i iustitia – na ten poziom realny, w którego centrum zawsze stoi konkretny człowiek.

Posted by redakcja