Pracowałam kiedyś w grupie, wymagającej od uczestników wspólnego redagowania tekstów pisanych przez poszczególne osoby. Jeden z kolegów, nienadzwyczajnie znoszący krytykę i wymagania wynikające z pracy kolektywnej, ustawicznie domagał się, aby mu palcem pokazać, „co dopisać i co skreślić”. Nie bardzo dawało mu się wytłumaczyć, że to on sam musi coś inaczej ująć, przyjąć wspólne założenia, ba, czasem coś napisać wręcz na nowo.
Przypomina mi się to, gdy obserwuję pewien niepokojący sposób reagowania u nas na wyroki TSUE. Wszystko jedno, czy będą one dotyczyły transkrypcji małżeństw jednopłciowych, jakiejś kwestii praworządnościowej czy spornego zagadnienia na tle kredytów frankowych.
Komentatorzy (media, interesariusze, prawnicy interesariuszy, prawnicy nie dość biegli w prawie unijnym) uporczywie szukają w treści wyroku TSUE pozytywnych, wyrażonych expressis verbis recept „jak” przy pomocy krajowego prawa osiągnąć to „co” ma być zrobione. Inaczej mówiąc, jak wykładać prawo krajowe (czego w wyroku TSUE z naturalnych przyczyn być nie może). Natomiast lekceważą to, co istotne dla ustalenia sposobu ich wykonania w Polsce i co w wyroku TSUE najistotniejsze: wskazanie granic czego NIE WOLNO INTERPRETACYJNIE PRZEKROCZYĆ przy wykładni polskiego, naszego, własnego prawa, aby nie doszło do naruszenia prawa europejskiego. Wyrok TSUE pokazuje cel krajowym ustawodawcom, prawnikom i sędziom. Jest wskazówką, że to oni muszą coś zrobić z polskim prawem, własnym pomysłem, swoim wysiłkiem interpretacyjnym, choć w granicach nakreślonych przez wyrok TSUE.
Wyrok TSUE musi być wykonany i powinien być zaimplementowany. Jeżeli jest to pytanie prejudycjalne, wtedy sąd pytający dowiedziawszy się czego nie powinien czynić – powinien sam „ruszyć głową” interpretacyjnie aby uzyskać właściwy efekt i zmieścić się własnym rozstrzygnięciem sprawy w bramce slalomu ustawionego przez TSUE. Jest to to tym trudniejsze, że w miarę narastania orzecznictwa (to widoczne na przykładzie seryjnych orzeczeń o praworządności albo o kredytach frankowych) ten slalom robi się co raz ciaśniejszy. Nowe ograniczenia nakładają się bowiem na ustalenia wcześniejszych wyroków. TSUE nigdy nam nie powie, której z „teorii” istniejących w polskim prawoznawstwie należy użyć do rozliczenia nieważnej umowę. Co najwyżej powie, jaki nie może być efekt tej tego rozliczenia dla konsumenta. A my możemy iść do tego celu albo poprzez wybór którejś z konstrukcji stosowanych w Polsce przy bezpodstawnym wzbogaceniu (jedna kondykcja „wynikowa” czy dwie, wzajemne – do potrącenia). No i oczywiście wybór wymaga konsekwencji zarówno z punktu widzenia spójności każdej z zaproponowanych ścieżek rozumowania, jak i z punktu widzenia ograniczeń wynikających z tego, co TSUE wskazał jako niedopuszczalne. I to nie tylko w danym wyroku, ale i wcześniejszych w ramach tego serialu. A jeszcze powinniśmy zachować spójność z tym co już zrobiono przy implementacji wcześniejszych wyroków, niekończącego się dialogu z TSUE w ramach serialu o rozliczeniu nieważnej umowy z klauzulami abuzywnymi. Jeśli się o tym pamięta, nie ma problemów ze zrozumieniem „logiki serii”.
Chyba, że się tej logiki rozumieć nie chce. Bo ma się nadzieję na jej przystopowanie, przeczekanie lub spowolnienia sanacji problemu. Tu niechlubnych przykładów dostarcza zwłaszcza seria wyroków praworządnościowych i ich oporna implementacja, ograniczona do wąziutko rozumianych okoliczności konkretnego sporu na tle którego zadano pytanie prejudycjalne. A przecież wyroki TSUE mają nie tylko porządkować sytuację stron konkretnego sporu, ale wskazywać systemowe źródło potencjalnych naruszeń prawa europejskiego. I zgodnie z zasadą lojalnej współpracy – art. 4 TUE – skłaniać do usunięcia tej przeszkody – także na przyszłość, dla sytuacji analogicznych. Gdy się tego nie robi – seriale będą się wlekły leniwym, frustrującym rytmem. Co, niestety widzimy często, sądząc po liczbie ich odcinków. Albo więc udajemy, że nie rozumiemy o co chodzi, albo naprawdę nie rozumiemy. I już nie wiem, co jest gorsze.

Podziel się: