Tekst powstał na zamówienie pisma  PAUza Akademicka, Tygodnika wydawanego przez PAU

Niech to sąd rozstrzygnie że to ja mam rację

Lektura mediów (i tych tradycyjnych, i społecznościowych) potwierdza przenoszenie „sporów o recenzję” lub polemiki naukowej na forum sądowe. Dotyczy to zresztą nie tylko postępowań awansowych, ale w ogólności krytycznego dyskursu naukowego, dawniej toczonego w piśmiennictwie specjalistycznym. Już nie wspominam o budzących wielkie emocje sądowych sporach polityczno-historycznych (holocaust, udział Polaków w wojnie „po niewłaściwej stronie”, lustracja, negacjonizm). To wszystko refleks współczesnej jurydyzacji życia, nie omijającej nauki i życia naukowego. Pokusa wykorzystania z prawa (także karnego) i sądu jako użytecznego „argumentu mocnego” w polemikach z odmiennymi poglądami – nie jest właściwa tylko środowiskom naukowym. Można tu też dopatrywać się korelacji z mniejszą skłonnością do wybaczania autorytetom (i tym rzeczywistym, i uzurpacyjnym). Dawniej tolerowanym zachowaniom i wypowiedziom jako mieszczącym się w normie, obecnie zarzuca się naganną supremację lub traktuje się je jako pasywną agresję wobec adresata. I to się zdarza wobec krytyki naukowej i recenzji awansowych.

Obie sygnalizowane tendencje, gdzie „spór o rację” w nauce jest tylko egzemplifikacją szerszego zjawiska, mają ciekawe i spore (warte uwagi zresztą) piśmiennictwo, gdzie genezy upatruje się ewolucji stosunków gospodarczych i społecznych, wymuszających zmiany co do sposobu korzystania z prawa i jego postrzegania.

Czy rzeczywiście „coraz częściej”

Weryfikacji tezy o wzroście częstotliwości sporów, można byłoby dokonać analizując orzecznictwo sądowe. Tyle, że to trudne, żmudne i kosztowne, biorąc pod uwagę rozrzut geograficzny i  właściwość sądów do rozpatrywania takich spraw. Trudno tu o konstrukcję właściwej próby, a wszystkiego odnaleźć się nie da. Sam przedmiot analizy jest też  trudny do wychwycenia, bo statystyki sądowe sporów o rację w nauce – nie  wyodrębniają. W sądach cywilnych będą to sprawy przesłonięte etykietą „naruszenia dóbr osobistych”. Zaś w sprawach karnych spory o racje są fragmentem obrazy dobrego imienia czy uszczerbku reputacyjnego. Na pociechę rozczarowanym dodać można, że i sądy cywilne, i karne są o tyle w dobrym położeniu, że  spory na tle recenzji czy polemika za pośrednictwem sądu nie jest im obca (dzieła i oceny literackie, artystyczne czy historyczne). I dlatego choć to są sprawy dla sądów trudne, sama kwestia ważenia gdzie fakt, gdzie ocena, czy aptekarska analiza retoryki, języka i formy – nie są w sądzie nowością. Sądy są więc w stanie dać sobie radę z usądowieniem dyskursu naukowego, wykorzystując (byleby umiejętnie, z czym oczywiście bywa problem) znane im narzędzia i wiedzę prawoznawczą.

W sądach administracyjnych spory na tle awansów naukowych miały szanse pojawić się dopiero w latach 90. Wtedy uznano, że chodzi tu o postępowanie podlegające kontroli sądowej. Dawniej dominował pogląd, że są to interna łącznie traktowanych szkół wyższych i organów administrowania nauką. Narastająca krytyka nieprzejrzystości i inkwizycyjności takiej sytuacji zbiegła się z rosnącym znaczeniem organów zewnętrznych uczelni w postępowaniach awansowych. Usądowienie było więc odpowiedzią na postulaty demokratyzacji i jawności. Postępowania awansowe nigdy jednak nie stały się w pełni przejrzyste, ani kontradyktoryjne. Ich cechą immanentną, punktem centralnym jest szczególna rola ekspertów-recenzentów. Tę specyfikę honoruje także sądowa kontrola, gdzie zarzutów czy polemik ewentualnie „dowodów przeciwnych” względem recenzji nie można podnosić. Osoba, którą spotkało niepowodzenie w procedurze awansowej może zgłaszać tylko zarzuty dotyczące naruszeń prawa lub procedury odnoszących się do awansu. Ani  treść eksperckiej recenzji, ani polemika z jej treścią – nie mogą być przedmiotem zaskarżenia i oceny sądu. W teorii wszystko wygląda klarownie.

 W praktyce natomiast daje się odczuć nacisk (ze strony skarżących i ich adwokatów) aby w jakiś sposób sądy administracyjne skłonić do zajęcia się samymi recenzjami i ich treścią Bywa więc jednak, że takie zarzuty strona zgłasza. Czyni to w sposób zakamuflowany, pod osłoną zarzutu niewłaściwego wyznaczenia recenzenta (niekompetentnego/stronniczego/złośliwego), niekompletności oceny, jej gołosłowności lub arbitralności. Takie zarzuty formułuje się w skardze jako „naruszenie prawa” – co jest co do zasady objęte kontrolą sądową, skoro dotyczy ustawowych kryteriów recenzji i obowiązków recenzentów.

O tych naciskach czy tendencjach niewiele się jednak dowiemy z samego tekstu wyroków NSA i WSA. Aby wiedzieć o zjawisku więcej – trzeba byłoby jednak wejrzeć w pisma procesowe spraw.  Sądy administracyjne mają tu wyrobioną praktykę i bynajmniej nie są skłonne do poszerzenia swego zakresu kontroli. Orzecznictwo w sprawach „szkolnictwa wyższego” ma wyodrębniony symbol (6140 w Centralnej Bazie Orzeczeń Sądów Administracyjnych). Obecnie odnaleźć tam można 43 orzeczenia ostateczne, wydane przez NSA w sprawach przeciw Radzie Doskonałości Naukowej. Oczywiście razem z orzeczeniami WSA (I instancja) jest ich znacznie więcej. I trochę szkoda, że nikt tego porządnie nigdy nie zanalizował jako zbioru: choćby po to aby zweryfikować trendy, skłonność do aktywizmu czy pasywizmu sądów administracyjnych, przetestować jak sobie sądy radzą z ekspercką specyfiką „sporów o racje” i jak Rada Doskonałości Naukowej (a dawniej CKK czy CKSST) się odnajduje jako organ administracji zobowiązany do „odpowiedniego” stosowania k.p.a. w sprawach nauki. Już same te hipotezy byłaby m.zd. warte empirycznego sprawdzenia w orzecznictwie sądowym.

Jeżeli tak dobrze, to dlaczego źle?

Jeżeli w teorii wszystko jest w miarę obmyślane, szlaki orzecznicze – przetarte, sądy dysponują instrumentarium gotowym do (sprawnego) użycia – skąd poczucie (uzasadnionego) niepokoju?

Tych, którzy czują się dotknięci krytyką, polemiką czy recenzją i z tej przyczyny inicjują sprawy w sądach, skłaniają do aktywności  sygnalizowane we wstępie niniejszego szkicu dwie tendencje: ogólnej jurydyzacji życia społecznego i zmierzchu zaufania do autorytetów (tu: krytyka czy recenzenta). Motywacje te dodatkowo wspomaga cyniczne? pragmatyczne? „co szkodzi zaskarżyć”. Może jednak w sądzie coś da się ugrać? Oddzielnym problemem – czego nie rozwijam – jest wsparcie tych oczekiwań przez adwokatów i przyczyny wzbudzania nadziei. To karmi ambicje i aspiracje.

W tym miejscu należy przytoczyć roztropne, wyważone i aktualne uwagi sformułowane w ciągle cytowanym, choć obecnie w takich sprawach SN już nie orzeka, wyroku tego sądu z 26. 4.1996 r. III ARN 86/95:

„Okoliczność, że skarżący uważa, iż recenzenci „niesprawiedliwie” ocenili jego dorobek, że pominęli okoliczności przemawiające na jego korzyść, a uwypuklili elementy negatywne, że – w końcu – w niektórych wypadkach zdecydowanie nie podzielili jego poglądów in merito i uznali je za nietrafne lub nieudowodnione, a postępowanie przed CKK (wedle przyjętych zasad) nie stwarza kandydatowi możliwości toczenia dyskusji na ten temat – nie może jednak prowadzić do dyskwalifikowania, czy nawet kwestionowania na drodze postępowania sądowego wystawionych w procedurze kwalifikacyjnych ocen, nawet jeśli zainteresowany jest najgłębiej przekonany, iż są one nieumotywowane, niesłuszne lub krzywdzące. Ktokolwiek poddaje się jakimkolwiek recenzjom – czy to w dziedzinie nauki, sztuki czy też innej wiedzy łącznie nawet z rzemiosłem – musi się zawsze liczyć z tym, że może spotkać się również z recenzjami, których w najgłębszym przekonaniu nie będzie w stanie osobiście zaakceptować. Nikt bowiem nie przyjmuje chętnie otwartej dyskwalifikacji własnych umiejętności, talentu czy wiedzy. Historia nauki i kultury przynosi opisy wielu głębokich osobistych tragedii wywołanych tego rodzaju sytuacjami, co więcej, przynosi też opisy wielu w istocie rzeczy niesprawiedliwych i nieuzasadnionych krytycznych ocen, obalonych w dalszym biegu rzeczy. Nie znaleziono jednak dotąd lepszego i uczciwszego sposobu przeprowadzania postępowań kwalifikacyjnych, niż powoływanie recenzentów a następnie tajne głosowanie decydujące o ostatecznym rozstrzygnięciu sprawy. …. tajność [głosowań w postepowaniu awansowym] jest tu gwarancją wolności wyrażenia swego stanowiska i w takich wypadkach wszelka kontrola zewnętrzna (także sądowa) musi ograniczyć się do tego, czy zachowane były podstawowe reguły proceduralne.”

Błędem byłoby w tych zaleceniach widzieć moralizowanie o postawach inicjatorów „sporów o racje przed sądem”. To są wskazówki dla sądów (tu: administracyjnych) aby nie uległy pokusie (ku czemu zresztą tu  nie mają skłonności) rozstrzygania tego, co może i powinien rozstrzygać recenzent-ekspert i krytyczny dyskurs naukowy.

Plewy bardziej opłacalne od odsiewu ziarna

Truizmem jest twierdzenie, że recenzentom przypada ważna rola w postępowaniach awansowych, tym bardziej, że ich ocen nie może podważyć także sąd administracyjny. Kłopot w tym, że kolejnym recenzentom, podobnie zresztą jak i organom różnych szczebli w ich uchwałach i decyzjach,  mających po drodze odsiewać plewy od ziarna, opłaca się bardziej powiększanie oczek sita, niż ich zacieśnianie.

Zacznijmy od recenzentów. Recenzja nie powinna być gołosłowna, ograniczona do przymiotników, arbitralna, ironiczna czy sarkastyczna,  musi wskazywać fakty wskazujące genezę oceny, pokazywać przyjęte założenia i punkty wyjścia. Tylko taka recenzja ostanie się przed krytyczną ewentualną analizą ze strony sądu cywilnego (ochrona dóbr osobistych recenzowanego) czy karnego (granice dozwolonej krytyki) i tylko taka recenzja przekonuje o zasadności wąskiego spektrum kontroli sądu administracyjnego. Ale jak to się ma do np. formularzy używanych przez RDN? Nota bene fatalnie skonstruowanych i w lekceważący sposób traktowanych przez obsługę kancelaryjną RDN, skoro wymaga się tam od recenzenta przepisywania w różnych rubrykach tego, co otrzymuje w dokumentacji kandydata (np. historia awansów naukowych oraz zawodowego CV kandydata, z wyliczeniem miejsc zatrudnienia oraz kolejnych awansów), natomiast nakłania do zwięzłego formułowania ocen merytorycznych Oczywiście, można dodać załączniki już „pisane normalnie”. System poprzez formularz skłania jednak do bylejakości – wpisania samych oceny bez faktu i ścieżki dojścia. Gorzej, że w czasie ustnej prezentacji recenzji, spotkałam się z poglądem, że RDN odrzuca możliwość uznawania za kryterium „wybitności” renomę wydawnictwa gdzie się publikuje oceniany dorobek, a to dlatego, że takiego kryterium nie wskazują przepisy. Jest to proste zalecenie, aby recenzję ograniczyć do przytoczenia samego przymiotnika, nie specyfikując co kryje się za zwrotami niedookreślonymi. Różnica między osiągnięciami „wybitnymi” i pozbawionymi tej cechy wszak kształtuje się wedle standardów, wynikających z praktyki. Zatem ewentualni recenzenci, a także sami członkowie RDN muszą mieć dostęp do własnej praktyki, tj. tekstów recenzji i aby móc wyskalować  swoje własne kryteria. Jeżeli skali nie mają, sami działają arbitralnie. Tymczasem nie wszystkie recenzje są przez RDN upubliczniane. Niejawny jest także jej pogląd na to, co np. odróżnia dorobek wybitny  od niewystarczającego. Jest oczywiste, że w miarę narastania transparentnej praktyki dochodzi do doprecyzowania kryteriów i ograniczenia subiektywizmów. Aby to nastąpiło konieczna jest jednak  jakaś szersza, publiczna informacja o praktykach, ocenach czy kryteriach stosowanych przez samą RDN. Ze zdziwieniem przyjęłam też tezę (na posiedzeniu zaproszona jako recenzentka), jakoby istnienie zwrotu niedookreślonego przepisach o postępowaniu awansowym nieuchronnie odsyłało tylko do relatywnego i niewymagającego wskazania przyczyn i kryteriów oceny, wyczucia estetycznego, emocjonalnego czy nawet moralnego recenzenta. Przecież obowiązkiem metodologicznym eksperta  jest wskazanie kryteriów obiektywnych jakimi się kieruje, podobnie jak z kolei ich ewaluacja z puntu widzenia ustabilizowanej praktyki własnej – jest obowiązkiem RDN.

W konsekwencji recenzent zostaje poddany presji negatywnej, nie stymulującej rzetelności. Nie dość, że musi się zmagać z własnymi umiejętnościami: pisarskimi (na studiach nie uczą pisania krytycznego), ze współczesnymi trudnościami cyfryzacyjnymi (wychwycenie plagiaryzmu, ingerencji AI, narzędzia bibliometryczne), to jeszcze do postawy oportunistycznej skłania – niestety- presja środowiskowa („będą mieli za złe”) i formalistyczne traktowanie recenzji w postępowaniu awansowym przez organy w nim uczestniczące. Nic dziwnego, że nawet u rzetelnych opiniodawców narasta myśl o ucieczce od recenzowania . O promowaniu postaw oportunistycznych – nie wspominam.

Corruptissima re publica, plurimae leges – postępująca kazuistyka przepisów o postępowaniu awansowym rozmywa odpowiedzialność poszczególnych uczestników i organów postępowania. Każdy ogląda się na innych: głosujących, podpisujących, recenzujących, uciekając od własnej odpowiedzialności. Kazuistyka i biurokratyzacja postępowania ułatwiają kamuflaż merytorycznego sporu z recenzją. Ułatwiają znalezienie maskującej przesłony w drobiazgowych, lecz zarazem znaczeniowo niedookreślonych przepisach o tym jaka powinna być recenzja czy obowiązki recenzenta. I w końcu zostaje z tym wszystkim sąd, chętnie obsadzany przez nadmiernie ambitnych i aspirujących  w roli, do której sąd nie ma przygotowania, czyli arbitra w tych nowoczesnych,  symbolicznych, nie-boskich ordaliach.

PS. W tekście nie podjęto dwóch kapitalnych zagadnień stanowiący problem sam  w sobie: wpływu punktozy ewaluacyjnej oraz roli podpisu Prezydenta (jakoby  uzdrawiającego wszelkie uchybienia „po drodze” do awansu) oraz kwalifikacji tego aktu (wszak niebędącego prerogatywą w rozumieniu art. 144 ust. 3 Konstytucji).

Posted by Ewa Łętowska