O co chodzi w  pytaniu prejudycjalnym

Trybunał Sprawiedliwości UE 24 marca b.r. (sprawa C-521/21) odpowiadał na pytanie czy aktualna, polska regulacja wyłączenia ze sprawy tzw. „nesoędziego”,  jest zgodna z prawem europejskim. Pytanie (poznański Sąd Rejonowy)  zmierzało do odpowiedzi, czy rozliczne ograniczenia w wykorzystaniu klasycznej instytucji proceduralnej  – są zgodne z prawem UE, a w szczególności z prawem  do prawidłowego i skutecznego wymiaru sprawiedliwości, gwarantowanego w traktach UE.

Klasyczna, znana wszystkim systemom prawa,   możliwość wyłączenia sędziego, niedającego gwarancji obiektywizmu i niezawisłości  już wcześniej znalazła się w centrum kryzysu praworządności w Polsce. Powoływanie się na nią umożliwiało  bowiem kwestionowanie udziału w sprawie  sędziego, w którego awansie uczestniczyła Krajowa Rada Sądownictwa, sama wyłoniona w wadliwy konstytucyjnie sposób. W czasie kilkuletniego pogłębiania  kryzysu, w kolejnych nowelizacjach, wprowadzano wielorakie ograniczenia wykorzystania „okoliczności dotyczące powołania sędziego” jako podstawy wyłączenia ze sprawy. Między innymi była to zasada,  że o takim wyłączeniu ma  orzekać nie sąd, przed którym toczy się dana sprawa  lecz  Izba Kontroli Nadzwyczajnej w SN. Wprowadzono też różne przepisy dyscyplinujące unikanie orzekania w składach mieszanych (sędziowie „dawni” i sędziowie „neo”). Odpowiedzią na te ograniczenia było z kolei kwestionowanie  stabilności wyroków wydawanych w takich mieszanych składach, co nakręcało  szkodzącą prestiżowi prawa – spiralę niepewności.

Odpowiedź TSUE  dotyczy kilku kwestii. Przede wszystkim  sprawę wyłączenia ma znów rozpatrywać ten sąd, do którego wniosek złożono, a  nie IKSP w SN (pkt 57, 66).   Jednak sam zarzut, że sędzia  został powołany przy udziale wadliwej KRS – to za mało, aby go  skutecznie wyłączyć z konkretnej  sprawy. Wedle Trybunału trzeba tu  dodatkowo wykazać, że okoliczności wadliwego powołania (np. w zakresie  rekomendowania czy opiniowania w KRS albo przebieg procedury awansowej) dotyczące tego właśnie  sędziego – podważają wiarę w jego niezawisłości i niezależność.  To, rzecz jasna utrudnia sytuację wnioskodawców, ale jednocześnie indywidualizuje zarzuty wyłączeniowe. (I nie wspomnę już, że to wyzwanie dla umiejętności pisarsko-eksplikacyjnych sądów, co u nas bywa problemem). Istnieje nadto ryzyko zróżnicowania się ocen dotyczących samego sędziego,  wobec którego zgłasza się zarzut wyłączenia w różnych sprawach, w których on będzie uczestniczył.

Grupa sędziów  wadliwie powołanych liczy obecnie ok. 3000 osób, co stanowi ok. ¼ całego korpusu.  Potencjalnie w każdej sprawie rozpatrywanej z ich udziałem można spodziewać się wniosku o wyłączenie,  co oczywiście nie oznacza, że taki wniosek będzie zawsze  zgłoszony, ani nie znaczy, że zgłoszony – każdy  wniosek okaże się skuteczny.

TSUE uznał nadto,  że dotychczasowe interpretacje  (orzeczenia SN i Trybunału Konstytucyjnego) i praktyki ograniczające w tym zakresie swobodę oceny „sytuacji wyłączeniowej”  przez  ten sąd w którego składzie zasiada sędzia wobec którego złożono wniosek o wyłączenie) – powinny być pomijane przez sąd krajowy jako naruszające standardy europejskie (pkt 56-58). To ważne stwierdzenie, ponieważ oznacza dyskwalifikację potężnej części argumentów zgłaszanych przez ciągle słyszanych w dyskursie publicznym zwolenników tych zmian w sądach, które wprowadzano w latach 2015-2023.

Zgodnie z zasadą subsydiarności.

Wyrok TSUE C-521/21 jest logiczną konsekwencją dotychczasowego, obfitego  orzecznictwa tego Trybunału. Z tego punktu widzenia wyrok nie jest zaskoczeniem. Nie zmienia tendencji, TSUE  aby krok po kroku eliminować  – jako niezgodne z prawem europejskim –  nałożone na sądy ograniczenia przy orzekaniu, przeszkadzające im działać w sposób niezależny. Zmniejsza  też  zagrożenie, wywołane efektem mrożącym, że badanie okoliczności powołania może być potraktowane jako delikt dyscyplinarny sędziego, który takie badanie podejmuje.

TSUE unika przy tym także „przechwytywania”  dla siebie  jurysdykcji sądu krajowego; jest to zgodne z traktatową zasadą subsydiarności: nie decydować na szczeblu unijnym o tym, co może i powinien zrobić organ krajowy. w tym wypadku – sąd.   Niektórzy komentatorzy – wyraźnie oczekujący w tym zakresie większego radykalizmu TSUE,  wyrazili już rozczarowanie wyrokiem. Ich oczekiwania szły bowiem dalej –  „TSUE zamiast orzec samemu – odpowiedział

 <pomidor>” – narzekali.   W przekonaniu piszącej te słowa   TSUE jest jednak logiczny i konsekwentny, a także tu akurat – dalekowzroczny.  Nie miga się od odpowiedzi, ale powiada: „sądzie krajowy – lepiej znasz okoliczności powołania; – sprawdź je i orzeknij sam”. Takie ujęcie  nie tylko jest zgodne z zasadą subsydiarności, sprzyjającą utrzymaniu  decyzyjności  w UE na poziomie krajowym, ale także umożliwia  niuansowanie i proporcjonalizacje ocen wobec „neoosędziów”. Moim zdaniem niezbędną, jeżeli zabiegi sanacyjne nie mają powiększać i tak już szkodzącej wymiarowi sprawiedliwości polaryzacji środowiskowej.

Wyrok TSUE nie uzdrawia sytuacji sędziów powołanych z udziałem wadliwej KRS.

Przedmiotem obecnego wyroku TSUE nie jest uzdrawianie w ogólności statusu „neosędziów”. Nie eliminuje  także wad ich powołania. W konsekwencji ich status nadal  pozostaje wadliwy. Orzeczenie C-521/21 nie jest więc wobec nich przełomowe ani  generalnie nie naprawia  ich  sytuacji.  Milczenie TSUE w tej kwestii  nie daje podstaw do konstruowania na jego  tle  afirmacji  obecnego statusu „neosędziów.” Milczenie Trybunału Sprawiedliwości oznacza, że daną kwestię Trybunał traktuje jako należącą do oceny władz krajowych. Dlatego budzi zdziwienie pogląd  iż komentowane orzeczenie TSUE dezaktualizuje samo pojęcie sędziego wadliwie powołanego.

Natomiast co do działań wobec całej tej grupy  TSUE wyraźnie sam podkreśla (pkt 63-65), że w tym zakresie  jest konieczne  dalsze działanie polskiego ustawodawcy.   Jak wiadomo, projekt ustawy sanacyjnej jest  gotowy. Wedle  mej oceny, komentowany  wyrok bynajmniej nie  wyklucza tego, co w tym projekcie przewidziano, różnicując  kilka sposobów uzdrowienia sytuacji wobec  poszczególnych podgrup całej populacji sędziów wadliwie powołanych. Takie rozwiązanie jest zgodne z  wcześniejszymi sugestiami Komisji Weneckiej. Już tylko na marginesie wspomnę, że wbrew „czarnemu polemicznemu  PR”  ów projekt w swym zasadniczym zrębie nie przewiduje rozwiązania problemu poprzez  relegację ze służby sędziowskiej lecz powrót na dawne miejsce służby, z opcją utrzymania obecnego stanowiska w drodze czasowej delegacji i ewentualnego powtórzenia postępowania awansowego, natomiast różnicuje sytuację ich kilku grup.  Oczywiście losy tego zamierzenia legislacyjnego zależą od przeprowadzenia projektu przez całą ścieżkę legislacyjną

Kto może być zadowolony a kto niezadowolony z wyroku TSUE

Orzeczenie TSUE C-721/21 przynosi ważną zmianę dla szerokiej publiczności, a więc dla klienteli sądów.  I to jest jego najważniejszy skutek. Ogranicza bowiem ryzyko wiążące się kwestionowaniem wyroków wydanych z  udziałem  sędziów wadliwie powołanych jako „wyroków nieistniejących”. Z tego punktu widzenia wyrok TSUE zwiększa szanse  uniknięcia  (ale tylko zwiększa,  ale nie eliminuje całkowicie)   sytuacji znanej z  „rozwodu giżyckiego”. Przypomnę: w sprawie o podział majątku po rozwodzie,  sąd z urzędu zakwestionował istnienie rozwodu orzeczonego kilka lat wcześniej, ponieważ o nim orzekał sędzia, którego powołanie budziło wątpliwości z uwagi na udział KRS.  Sąd orzekający o podziale majątku potraktował ten wyrok jako „nieistniejący”. W konsekwencji osoby uważające się za rozwiedzione, zostały – po kilku latach  potraktowane jak pozostające w związku małżeńskim.  Otóż obecnie komentowany wyrok TSUE ogranicza pole zastosowania i ryzyko powołania się  na tę (zresztą m.zd. i tak błędnie zastosowaną) konstrukcję. Tym samym zwiększa pewność i stabilność wyroków.

 Natomiast z wyroku będą niezadowoleni zwolennicy bardzo radykalnego traktowania zarówno sędziów których powołanie wykazuje wadliwości jako „nie-sędziów”, jak i wydawanych przez nich wyroków – jako „nieistniejących” – komentowany wyrok TSUE będą traktować  jako porażkę, wytrącająca im  z rąk  oręż najmocniej rażący.

Nie sądzę też, aby wyrok  wzbudził entuzjazm  w środowiskach sędziów, których status podlegać ma sanacji, jakkolwiek powrót do klasycznego kształtu instytucji wyłączenia sędziego może wpływać korzystnie na  temperaturę sporów wewnątrzśrodowiskowych.

To, co martwi – to po pierwsze odległość perspektywy uregulowania całego kompleksu spraw wymiaru sprawiedliwości, wymagających uchwalania ustaw.  Do przecięcia gordyjskiego węzła tu jeszcze bardzo daleko. Po drugie – naturalna  powolność zmian zachodzących poprzez orzecznictwo sądowe – co proponuje TSUE. Po trzecie – skala manipulacji i przekłamań towarzyszących w dyskursie publicznym każdemu posunięciu, w tym także obecnemu, komentowanemu rozstrzygnięciu TSUE, o czym szeroko pisze w swym tekście na ten temat W. Sadurski.

Posted by Ewa Łętowska