Obszerny, analityczny artykuł  Dawida Bunikowskiego i Karola Dobrzenieckiego nosi tytuł „Związki jednopłciowe a konstytucja. Co po wyroku TSUE”.(Rzeczpospolita z 6.1.2026 r.) Chodzi o wyrok z 25.11.2025 r., C-713/23, uznający za naruszenie swobody przemieszczania się odmowę transkrypcji małżeństwa jednopłciowego zawartego zagranicą, do ksiąg stanu cywilnego w Polsce.

Wyrok TSUE wymaga wykonania

Żaden wyrok TSUE nie wywiera sam bezpośredniego skutku w krajowym systemie prawa (chyba, że dotyczyłby rozporządzenia unijnego). Wyrok musi być wykonany przez władze krajowe jako obowiązek traktatowy. Przy pytaniu prejudycjalnym (tak tutaj) rodzi to dwojakie następstwa. NSA, który zadał pytanie czy polskie organy administracji odmawiające transkrypcji zawartego zagranicą małżeństwa osób jednej płci, naruszają prawo europejskie, już wie, że tak właśnie jest. Państwo  zaś jako całość powinno zadbać, aby USC i inne organy administracji dostosowały na przyszłość praktykę do tego, co stwierdził TSUE. I to jest wszystko, o czym wyraźnie mówi wyrok.  Dostosowanie praktyki – jest proste: zmiana formularza będącego podstawą wpisu do systemu zagranicznego aktu małżeństwa plus stosowne zmiany w programie komputerowym. Nie wymaga się tu – co expressis verbis wyrok podkreśla – żadnych dalszych zmian w polskim prawie, w szczególności wprowadzenia możliwości zawierania związków między osobami jednej płci. Wyrok więc nie wprowadza równości małżeńskiej. 

Jabłko Irydy

Wyrok TSUE jest przełomowy, bowiem zakotwicza w polskim systemie prawnym związki jednopłciowe poprzez transkrypcję, jakkolwiek nie poprzez instytucjonalizację ich zawierania. I to zakotwiczenie już obecnie staje się przedmiotem rodzaju „perswazyjnej manipulacji”, którą stosują D. Bunikowski i K. Dobrzeniecki.

Opór przeciw wykonaniu  wyroku przybiera  tu postać sugestii, że wymaga to głębokiej przebudowy systemu prawnego, z konstytucją włącznie. Przykładem takiego rozumowania jest stanowisko Autorów:

zmiana przepisów wykonawczych proponowana przez niektóre środowiska prowadzić będzie do skutku zbliżonego do niekontrolowanej instytucjonalizacji małżeństwa jednopłciowego. W ten sposób technicznoprawna czynność rejestracji zagranicznego aktu stanu cywilnego stanowiłaby mechanizm otwierający drogę do ich powszechnego uznania przez polskie organy administracyjne. Państwo musiałoby traktować osoby zawierające za granicą małżeństwo jednopłciowe praktycznie na równi z osobami pozostającymi w klasycznych związkach małżeńskich w niemal każdej sferze życia”.

TSUE skądinąd skrupulatnie wywiązując się ze swej powinności, rzucił  więc na polski stół coś w rodzaju „jabłka Irydy”. W mitologii skłóciło ono trzy boginie ubiegające się o tytuł najpiękniejszej – co głosił napis na owym jabłku. Nasze jabłko ma inskrypcję „macie transkrybować, a czy, co i jak będzie dalej, to już wasz problem”. Że do wykonania obowiązku implementacyjnego samego wyroku wystarczy „technicznoprawna czynność rejestracji zagranicznego aktu stanu cywilnego” i Autorzy, z którymi polemizuję,  i ja – jesteśmy zgodni. Panowie Bunikowski i Dobrzeniecki uważają jednak, że ten kamyczek musi pociągnąć lawinę – do zmiany konstytucji włącznie.

Nie mam złudzeń, że zwolennicy równości małżeńskiej zintensyfikują wysiłki w celu jej wprowadzenia. Dostrzegam zresztą i po ich stronie nadmiar optymistycznej nadziei, że sama implementacja wyroku załatwi właśnie w duchu równości wszystkie kwestie spadkowe czy rodzinne. Tymczasem TSUE orzekał o prawie unijnym; prawo rodzinne, spadkowe tu nie należy, a aksjologia wyroku odwołuje się do swobody przemieszczania się na terenie UE, nie do statusu osobowego czy rodzinnego. Sądy będą więc miały w przyszłości mnóstwo problemów i spodziewać się można dalszych pytań prejudycjalnych i skarg także do ETPCz. Nie wyprowadzam stąd jednak wniosku, że wyroku TSUE wykonać nie należy, z obawy przed tym, co ewentualnie nastąpi i  stanowczo oponuję przeciw tezie, jakoby wykonanie wyroku wymagałoby zmiany konstytucji.

A już retoryczne, hipotetyczne pytanie „jeśli TSUE w przyszłości nakaże Polsce uznanie małżeństwa trzech osób, zawartego legalnie w innym państwie członkowskim, czy nasz kraj byłby zobowiązany do ich uznania” mające służyć jako argument przeciw wykonaniu wyroku C-713/23 uważam za nieuczciwe intelektualnie w sytuacji, gdy mowa o wyroku podkreślającym we własnym  uzasadnieniu  konieczność nienaruszania tożsamości narodowej i szanowanie porządku prawnego kraju transkrybującego.

Konstytucja nie przewiduje ekskluzywności małżeństw heteroseksualnych

Wedle terminologii pp. Bunikowskiego i Dobrzenieckiego należałoby mnie zaliczyć do „zwolenników progresywnego odczytania konstytucji”. Problem w tym, że wcale nie idzie tu o aksjologiczny progresywizm (uwaga na stygmatyzującą etykietę), lecz po prostu o dosłowne czytanie tego, co w art. 18 Konstytucji napisano. A napisano – i to jest rzeczywiście zasada konstytucyjna – że małżeństwu hetero służy „ochrona i opieka”. Tyle że z tego nie da się nijak wyprowadzić wniosku, że „tylko” małżeństwu hetero przysługuje ochrona i opieka, a jakimkolwiek innym związkom – żaden poziom ochrony i opieki przysługiwać nie może.

Zgoda, że co do poziomu (czy treści) ochrony i opieki małżeństwo „jako związek kobiety i mężczyzny” ma się cieszyć sytuacją uprzywilejowaną. To nie implikuje jednak, że jakikolwiek inny typ związku nie musi jednak mieć wcale – jak piszą Autorzy – „charakteru wyłącznie <symbolicznego>”. I że taki związek musiałby być w ogóle

nie uznawany ani chroniony przez państwo”. Albo nie miałby praw „żadnych, gdyż nie podlegałby <ochronie>. Taki związek nie korzystałby także z <opieki> ze strony RP. Zakładając jednak, że byłby możliwy ale miałby mniej praw, kontrowersyjny byłby stosunek takiego rozwiązania art. 32 konstytucji (równość wobec prawa i zakaz dyskryminacji)”.

 Słabość tego rozumowania można wykazać wskazując całkiem bogate orzecznictwo sądowe dotyczące choćby ochrony konkubentów – oczywiście ani nie tożsamej, ani takiej samej jak ma małżeństwo, ale bynajmniej nie mającej charakteru symbolicznego. Już tylko jako ciekawostkę i nie chcąc być posądzona o złośliwość, wskażę tylko ochronę sądową dla związków (prawnie wszak konkubinatów) zawartych w ceremoniale religijnym w latach 1946-58. A argument, że to naruszałoby konstytucyjną równość i zakaz dyskryminacji nie wytrzymuje konfrontacji z zasadą, iż równość oznacza równe traktowanie równego i nierówne – nierównego. Przecież sami Autorzy (ja zresztą też nie) nie stawiają znaku równości co do skutków i reżimu prawnego między konkubinatem i małżeństwem zawartym w USC.

Chybione argumenty: analogia, historia, prawo rodzinne

Autorzy odwołują się do analogii z konstytucyjnej  regulacji np. stolicy, godła, barwy czy hymnu jako oznaczonych w sposób indywidualny (miasto Warszawa, orzeł, kolor biało/czerwony, Mazurek Dąbrowskiego). Argumentują, że podobny charakter ma małżeństwo jako instytucja konstytucyjna. O ile jednak odwołanie do symboli stolicy, godła barw, hymnu ma za sobą substrat w realnie istniejących pojedynczych bytach zindywidualizowanych, o tyle „małżeństwo” jest gdy idzie o reżim prawny – konstruktem normatywnym. Argumentacyjnie analogia więc zawodzi, bo po to, aby uznać, że art. 18 konstytucji zawiera zakaz instytucjonalizacji na poziomie ustawowym i z jakimkolwiek poziomem opieki i ochrony dla jakichkolwiek innych związków – trzeba przyjąć a priori takie właśnie założenie. Co niebezpiecznie zbliża cały wywód do błędnego koła.

Autorzy odwołują się do historii powstania Konstytucji. Ano właśnie. U źródeł art. 18 jako związku kobiety i mężczyzny rzeczywiście leżało przekonanie, że konstytucjonalizacja o takiej treści, zapobiegnie ewentualnej instytucjonalizacji małżeństw homoseksualnych. Jeżeli jednak chciano w ten sposób w Konstytucji stworzyć przeszkodę, to było to usiłowanie nieudolne. A to z uwagi na nieekskluzywny charakter normowania, zarówno w odniesieniu do domniemanego zakresu nazwy „małżeństwo”, jak i właściwego reżimu prawnego regulującego tego, co ten zakres miałby obejmować. Ponadto nie zdawano sobie sprawy, że stworzenie skutecznej przeszkody dla instytucjonalizacji związku o innej strukturze podmiotowej wymagało by ich wykluczenia nie tylko na poziomie konstytucyjnym, ale również przez ustawę zwykłą, która ponadto musiałaby wyeliminować instytucjonalizację związków opartych na wspólnym pożyciu, ale nie będących małżeństwami de lege lata.

To, że kodeks rodzinny i opiekuńczy (a więc ustawa) rzeczywiście normuje ekskluzywnie małżeństwo między kobieta i mężczyzną, też  jest kiepskim argumentem na rzecz tezy o ekskluzywnym charakterze małżeństwa hetero – w konstytucji.  To bowiem o treści ustaw wnioskuje się z Konstytucji, ale nie odwrotnie.

Obowiązek wykonania wyroku TSUE to nie „aberracja” ani „falandyzacja”

Wykonanie wyroku TSUE C-713/23 jest obowiązkiem traktatowym Polski. Nie powinno się tego wyroku przedstawiać w fałszywym świetle, co czyni artykuł D. Bunikowskiego i K. Dobrzenieckiego. Wyrok wymaga przeniesienia do polskich ksiąg stanu cywilnego aktu skutecznie zdziałanego zagranicą. Nie wymaga ani zmiany Konstytucji i nie wprowadza tylnymi drzwiami obowiązku wprowadzenia do polskiego systemu prawa zezwolenia na zawieranie małżeństw osób jednej płci. Nie zawiera ani „aberracji”, ani „falandyzacji” prawa i nie jest „nieprzyjazny polskiej konstytucji”. Alarmistyczny wniosek kończący tekst z którym polemizuję brzmi: „W Polsce ustawa zasadnicza jest <najwyższym prawem> (art. 8 ust.1 konstytucji) a nie wyroki unijne”. Problem w tym, że ani ten wyrok TSUE, ani jego wykonanie, polskiej Konstytucji nie zagrażały, ani nie zagrażają.

Posted by Ewa Łętowska