(Tekst ukazał się 2 marca 2026 r. w Dzienniku Gazecie Prawnej)
Mowa o ogólnym dyskursie prawniczym. Kilkadziesiąt lat temu toczył się znacznie wolniej, między fachowcami, w mediach drukowanych, na łamach wyspecjalizowanych czasopism. Przy powszechnie dostępnej komunikacji elektronicznej, dyskurs przyspieszył i się zdemokratyzował. Niby komplement – ale dwuznaczny. Wiedza o prawie trafia wprawdzie pod strzechy, lecz zarazem jej publicystyczna, nieweryfikowana powierzchowność wypiera dawną, nobliwą etykietę opinii kształtowanej w akademickich sporach. Naznaczony polityką i poszukiwaniem rozgłosu, dyskurs chłonie dyletanctwo i interesowną manipulację. Bywa aż nazbyt często „politycznym złotem” i narzędziem władzy pieniądza. W sposób równie oczywisty, co negatywny, przenika w tej postaci do prawników-praktyków, których świadomość zawodową powinna kształtować zweryfikowana wiedza fachowa i solidna dogmatyka prawa, a nie to, co hałaśliwie i sensacyjnie głoszą gazety i media społecznościowe.
Konia z rzędem temu, kto potrafi wytłumaczyć (dziennikarzom i tzw. szerokiej publiczności, na polityków macham ręką) że jednak istnieje różnica między „pomijalnością” jakiegoś aktu czy wyroku (w konkretnych sprawach) a jego „nieistnieniem” – dla wszystkich, zawsze i w każdym postępowaniu. Bulwersujące giżyckie orzeczenie o rozwodzie nigdy by nie zapadło, gdyby sąd rejonowy był bieglejszy dogmatycznie i zbyt łatwowiernie nie szedł za mediami przypisując programowi „przywracania praworządności” rzekomą konieczność. Wtedy sąd odczytałby ze zrozumieniem odpowiedź TSUE (4.9.2025 r., C-225/22). Ale przecież nawet SN, skądinąd trafnie orzekając po tej dacie (24.9.2025 Uchwała 7) nie zachował koniecznej dyscypliny terminologicznej.
Wytrawny skądinąd dziennikarz („Rzeczpospolita”, „Plus-Minus” z 28.2.) piszący z autentyczną troską o realnym problemie chaosu w sądach i nawet trafnie definiując część przyczyn, buduje argumentację na własnym odczytywaniu mechanizmu oddziaływania ETPCz i TSUE na sądy i wyroki krajowe; nie zna faktografii dotyczącej rozproszonej kontroli konstytucyjności przez sądy (znów konfuzja pomijalności „w sprawie” i dekonstytucjonalizacji w systemie prawa); i mniema, że „w żadnym orzeczeniu międzynarodowe trybunały nie podważyły statusu wszystkich sędziów powołanych po 2018 r., ani tym bardziej ich wyroków” . Podważyły, i to nie raz. Przedstawiły bowiem (wielokrotnie) i uargumentowały pogląd, że sądy złożone z takich sędziów – nie odpowiadają kryteriom niezależnego sądu i niezawisłego sędziego. I to wyczerpuje „podważeniową” kompetencję sądów międzynarodowych. Co dalej, to już organy krajowe. Świeżutka sprawa Simonici v. San Marino (wyrok ETPCz z 19.2.26 r.) powołana jako argument krytyczny wobec polskich projektowanych rozwiązań sanacyjnych, w ogóle nie dotyczy – jak pisze dziennikarz -„hurtowego usuwania sędziów”, lecz obowiązku zapewnienia przez państwo indywidualnemu sędziemu, wadliwie powołanemu, rzetelnego prawa do sądu, przy czym są tu możliwe różne rozwiązania. Tak się składa, że akurat w 27.2. b.r. pojawiła się kolejna opinia Komisji Weneckiej i Dyrekcji Generalnej Praw Człowieka i Rządów Prawa Rady Europy (DGI) o projekcie uregulowania sytuacji sędziów powołanych po 2018 r. Warto byłoby „przestudiować niuanse” tego, co mówi Komisja – ciało jednak fachowe – aby skorygować medialne defetystyczne przedstawienie faktów.
Ciekawe czy komukolwiek w nierychliwych służbach prasowych resortu sprawiedliwości przyjdzie do głowy prostować grube nieścisłości publicystycznego przekazu co do tego co zawiera plan sanacyjny ministerstwa i jego poszczególne ustawowe pozycje. A przecież zaniechanie tego ministerialnego obowiązku ma swój udział w sukcesie lub fiasku strategii naprawczej.
Słowa, terminologia, konstrukcje mają znaczenie w dyskursie prawniczym. Uchwały Sejmu można użyć w celu modelowania sposobu realizacji kompetencji parlamentu. Nie będzie to łamania prawa, choć oczywiście będzie to przejaw przewagi politycznej w parlamencie. Uchwała nie może jednak do niczego zmuszać tych, którzy zechcą głosować inaczej. A Sejm głosując – prawnie – wykonuje własne funkcje kreacyjne. Nie bywa „notariuszem”, ani niczego nie „przyklepuje”. Co czym się kieruje głosując – to inna sprawa. A znane wady obowiązującej ustawy miały szanse zniknąć – gdyby nie zawetowano zamiany legislacyjnej.
Natomiast świadomość zawodową prawników-praktyków powinna kształtować zweryfikowana wiedza fachowa i dogmatyka prawa, a nie to, co głoszą gazety i media społecznościowe. I nie zawsze poszukiwanie „politycznego złota” w wiedzy o prawie bywa opłacalne na dłuższą metę.

Podziel się: