( Tekst ukazał się DGP 10.5.2025 r.)
Harry Truman, prezydent USA w latach 1945–1953, po wyborze następcy, którym był gen. Dwight Eisenhower, tak to skomentował: „Biedny Ike. Wejdzie do Gabinetu Owalnego i myśli, że będzie jak w wojsku: rozkaz i automatycznie wykonanie. A u prezydenta inaczej: podejmuje decyzje i samo z siebie nic się nie dzieje”. Jest program, jest cel, jest strategia, w końcu decyzja i… nic. A potem prezydent zapomina, sam problem się rozmywa i inicjatywa ginie.
W demokracji, inaczej niż w wojsku, nie wystarczy „kazać” czy wydać decyzję. Sprzeczne interesy różnych szczebli wykonawczych w ramach wielu procedur – trzeba je przewidzieć i skoordynować. Bezwład wykonawczy – więc trzeba przypominać i egzekwować. A niskie kompetencje, etos i kultura biurokratyczna modelują czynnik ludzki jako oporny i niechętny. Im słabsza demokracja, im mniej autentycznych etosowców i państwowców, im niższa kultura i umiejętności kierowania ludźmi – tym bardziej potrzebny niezależny od decydenta „ktoś”, kto monitoruje, koordynuje i egzekwuje projekty, priorytety, strategię i realizację „na co dzień.” U nas niedawne powołanie ministra (jest nim Maciej Berek) „nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu Polski” (długa nazwa!) wskazuje, że na szczeblu centralnym dostrzeżono problem.
Nie wiem, jak w poszczególnych resortach, ale np. w resorcie sprawiedliwości taki bosman, który obok kapitana prowadzącego statek dbałby o porządek i sprawność samego statku jako całości – przydałby się. Deficyt monitoringu, koordynacji i egzekwowania kompetencji wewnątrz struktury ministerstw – to u nas problem ogólniejszy. I nie należy tego mylić z nieśmiertelnym wezwaniem „bo trzeba doprecyzować przepisy” – bo to kwestia czynnika ludzkiego i sprawności zarządzania tym zasobem.
W sierpniu min. Żurek, po wizycie w niesławnym Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie, zapowiedział radykalne zmiany. Do dziś jednak agendy ministerialne nie mogą uporać się z przedstawieniem obiecanego rzetelnego (nie poszatkowanego na kawałeczki kompetencyjne) raportu w zakresie umieszczania i pobytu w KOZZD. Zamiast sprawdzenia „z natury”, co tam się rzeczywiście dzieje, przedstawia się kompilację dawniejszych, fasadowych sprawozdań, rozproszonych i nieskoordynowanych, sporządzanych wedle różnych założeń. Kompetencyjnie podlega dwóm resortom (zdrowie i sprawiedliwość), niekoordynującym swych działań. Co więcej, KOZZD podlega (jako ośrodek główny i zamiejscowy) sądom okręgowym w Słupsku i w Płocku oraz różnym sądom apelacyjnym (w Gdańsku i w Łodzi). Nie dziw, że całościowej, skoordynowanej analizy orzecznictwa nikomu nie udało się do tej pory przeprowadzić.
W ogóle (w wizytacjach, sprawozdaniach) omija się problem główny: folwarczny styl pracy personelu – brak szacunku i empatii, bezinteresowna niechęć, szykany. Prawda, u nas taki styl zdarza się wszędzie, gdzie instytucja ma za słabo kontrolowaną zewnętrznie przewagę nad poddanymi jej władztwu (widać choćby np. w służbie zdrowia czy – niestety – także w sądach). Ale to nie usprawiedliwia lekceważenia problemu w ramach ocen KOZZD. Udostępnione, nawet te fragmentaryczne i niekompletne informacje o sądowych wizytacjach w Gostyninie i Czersku są przygnębiające. Nie wiem, czy to brak świadomości wizytatorów, że KOZZD to nie więzienie ani areszt, czy naiwna wiara, że „prawidłowość wewnętrznego toku urzędowania” (tak asekurancko w sprawozdaniach formułuje się kryteria wizytacji) jest wystarczającym wzorcem kontroli. Wewnętrzny tok urzędowania (i – dodajmy – funkcjonowania) określają regulaminy, niedostatecznie kontrolowane z punktu widzenia zgodności ich treści ze standardami konstytucyjnymi i praw człowieka. Byłoby fatalnie, gdyby miały nam o tym przypomnieć oczekiwane wyroki ETPCz.
W przyzwoitej demokracji skumulowane działanie opinii publicznej, mediów, NGO, aktywnego rzecznika praw obywatelskich – wystarcza, by na bieżąco monitorować, koordynować, egzekwować. W kraju ceniącym państwo prawa werbalnie, lecz nieumiejącym się z nim obchodzić – to za mało. Co więcej, w styczności z wygodnym bezwładem biurokratycznym nawet dobrzy sędziowie i ludzie z chlubną kartą działalności społecznikowskiej, ocierający się o problem KOZZD – tracą własną wrażliwość. I reputację.
Sprawa KOZZD dojrzała do zasadniczego resetu, tym razem na serio. Zaczynając od czynnika ludzkiego.
Ps. Na Wydziale Prawa UW oczekuje się obrony doktoratu (P. Kukliński) porównującego standardy KOZZD i jego odpowiednika w Niemczech.

Podziel się: