Po pierwsze dlatego, że nie może statusu nie-sędziów uzdrowić uchwała podjęta przez nie-sędziów.

Po drugie dlatego, że tzw. Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych jest tylko z nazwy izbą Sądu Najwyższego, a ponieważ jest nią tylko z nazwy, to nie może podjąć uchwały Sądu Najwyższego.

Po trzecie dlatego, że treść uchwały w żaden sposób nie odnosi się do orzeczeń wydawanych przez osoby podające się za sędziów Sądu Najwyższego. Innymi słowy, niemożliwość „uznania orzeczenia Sądu Najwyższego za niebyłe i pominięcia jego skutku”, o której uchwała mówi, nie może odnosić się do quasi-orzeczeń wydawanych przez osoby uznające się za sędziów Sądu Najwyszego, ale nimi niebędących. Skoro orzeczenia tzw. Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych nie są orzeczeniami Sądu Najwyższego, to nie są one w żaden sposób chronione.

Po czwarte w końcu, w sprawie wypowiedział się już wcześniej bardzo jednoznacznie legalny skład sędziów w uchwale składu połączonych Izb: Cywilnej, Karnej oraz Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego z dnia 23 stycznia 2020 r. Warto przypomnieć, że tamta uchwała zapadła w składzie przez nikogo niekwestionowanym, składającym się wyłącznie z sędziów, co do których legalności powołania nie występują wątpliwości. Przy tym tamci sędziowie nie sądzili w swojej własnej sprawie, jak to próbują obecnie czynić nie-sędziowie. Przecież wydając uchwałę, która de facto ma stwierdzać „proszę nie kwestionować naszej pozycji, proszę uznać, że jesteśmy sądem”, wypowiadają się dokładnie o sobie, co łamie nie tylko zasady dobrego prawniczego smaku, ale i zasadę nemo est iudex in propria causa.

Mamy obecnie niestety do czynienia z Zemstą Pojęć. Pojęcia mszczą się na nas za ich błędne używanie. Skoro uchwała, do której się odnoszę, nazywana jest „uchwałą połączonych izb Sądu Najwyższego”, to powstaje – błędne – wrażenie, że jest nią w rzeczywistości. Powstaje przy tym – błędne – wrażenie, że inne orzeczenia wydawane przez tzw. neosędziów (czyli, po prostu, nie-sędziów), faktycznie będą tą uchwałą chronione. Sprawę rozwiązuje ustalenie właściwych pojęć, tzn. zauważenie, że uchwała ta nie jest uchwałą Sądu Najwyższego, a orzeczenia wydawane w budynku Sądu Najwyższego przez nie-sędziów nie są orzeczeniami Sądu Najwyższego. Nie da się zrozumieć tego sporu bez dostrzeżenia, że jego istota jest właśnie pojęciowa: jeśli dana osoba nie jest zdolna utworzyć legalnego składu Sądu Najwyższego (zgodnie z uchwałą połączonych Izb SN z 23 stycznia 2020 r.), to po prostu nie jest Sędzią Sądu Najwyższego. Tytułowanie jej tym mianem jest pomieszaniem pojęć, a przy tym prowadzi do zupełnie niepotrzebnych paradoksów.

Z podobnym zjawiskiem mieliśmy do czynienia, gdy kiedyś pseudo-Trybunał Konstytucyjny był nazywany Trybunałem Konstytucyjnym tylko dlatego, że przypisywał sobie to miano.  Współcześnie (szczęśliwie) udało się już trochę uporządkować debatę wokół pseudo-TK. Chyba nikt już nie traktuje do końca poważnie (jako niezależnego, prawidłowo powołanego organu) zgromadzeń skupiających głównie politycznych nominatów, które zbierają się czasem (dość rzadko), twierdząc, że reprezentują Trybunał Konstytucyjny. Sprzeczności narosłe wokół pseudo-TK byłyby jednak niemożliwe do rozwiązania bez tej prostej konstatacji: z samego faktu, że jakoś się nazwałeś, nie wynika jeszcze, że naprawdę tym jesteś. Czy nazwanie tego artykułu „uchwałą Sądu Najwyższego” uczyniłoby go uchwałą Sądu Najwyższego?

Czy na uporządkowanie pojęciowe debaty dotyczącej Sądu Najwyższego jest już za późno? Być może – ale nie dowiemy się, jeśli nie spróbujemy.

Posted by redakcja