Notki Ewy Łętowskiej

Blog Prof. Ewy Łętowskiej

Ewa Łętowska

Legal harassement, contempt of court, chilling efect – jakby kto nie wiedział…

…co znaczy legal harassement, contempt of court, chilling efect trzy  angielskie terminy  nie mające swych dokładnych odpowiedników w prawniczej polszczyźnie.

Angielski kieruje  uwagę  ku faktom i zależnościom, ku  opisowemu ujęciu sytuacji i procesów społecznych. Prawnicza polszczyzna raczej ku normatywnym wzorcom zachowania. Efekt mrożący czy molestowanie przez prawo – nie mają swych polskich odpowiedników w ogóle, to kalki z angielszczyzny.  Zaś „obraza sądu” wywołuje w umyśle mówiącego i słuchającego  obraz człowieka zachowującego się   w niewłaściwy sposób w gmachu sądu lub w piśmie procesowym.

Tymczasem contempt of court – to coś więcej.  To nie tylko bezpośrednie zachowanie w  sądzie. To lekceważenie, dyskredytowanie sądu i jego funkcji.

Najlepiej pokazać na na przykładzie. Skazany chce jakiejś ulgi w odbywaniu kary. Zgłasza się ze stosowną prośbą o ulgę, rozłożenie na raty, zmianę reżimu wykonania kary. A jednocześnie wyśmiewa i dyskredytuje sam wyrok, lekceważy  fakt ukarania, publicznie ogłaszając, że jak go zwolnią, znów będzie  popełniał to samo przestępstwo. Albo powiada, że skazanie było bez znaczenia.

Nie można jednocześnie zjeść ciastka i je mieć. Nie można sądu o coś prosić i zarazem z niego kpić. Niżej przykład.

 https://wiadomosci.wp.pl/byly-ksiadz-ma-uniknac-kary-swietuje-z-mezczyzna-ktory-spalil-kukle-zyda-i-dziekuje-ministrom-6164335677950081a

Polskie sądy kiepsko sobie radzą z takimi sytuacjami, ponieważ zachowanie występuje poza ramami tego, z czym sąd styka się bezpośrednio. Z tej przyczyny lekceważące  zachowanie  skazanego ubiegającego się odroczenie kary, zmianę jej reżimu –  to dla sądu nie istnieje. U obserwatora może to wywoływać wrażenie, że sąd toleruje kpiny z wymiaru sprawiedliwości, albo jest nieuważny. A nie powinno tak być.

Chilling efect – efekt mrożący – leży blisko pojęcia  prewencji. Z tym, że w wypadku efektu mrożącego idzie o powstrzymanie kogoś od działań dozwolonych i legalnych, tyle, że mrożącemu niemiłych z przyczyn politycznych lub ideologicznych. Nie powinni zatem tym narzędziem posługiwać się ci, którzy są sługami państwa, wspólnego dla różnych obywateli.   Gdy np. wysoki funkcjonariusz państwowy, minister lub jego zastępca, rzecznik rządu albo partii rządzącej publicznie występuje z potępieniem pewnych zachowań legalnych (choćby do demonstracji określonego typu czy grupy), albo gdy taka demonstracja czy grupa spotyka się później z ekscesywnym nękaniem, to jest to właśnie efekt mrożący. Chodzi o to, aby odechciało się demonstrować, występować z jakimiś wnioskami, podejmować pewne tematy, wystawiać w teatrach nielubianych autorów czy sztuki itp.  Czytaj dalej

Ewa Łętowska

Puste kościoły konstytucyjne – skutki prywatyzacji władzy publicznej

(Fot. R. Robroek)

1. Pozytywna aksjologia umowy i prawa cywilnego (ich „dobra fama”)  leży u źródeł zjawiska prywatyzacji funkcji publicznych. W tym wypadku mitologizacja umowy niesie ze sobą  realne niebezpieczeństwo dla wolności indywidualnej.  Odbywa się to przez przejęcie władzy przez niepaństwowe podmioty albo na wykorzystaniu przez władzę państwową instrumentów prawa prywatnego. Wśród nich: zwłaszcza  umowy, osobowości prawnej, weksla (np. wykorzystywanego jako zabezpieczenie posłuszeństwa w klubach parlamentarnych), odpowiedzialności pauliańskiej i bezpodstawnego wzbogacenia  (w sferze prawa daninowego – jako podstawy dochodzenia podatków i danin, gdy brak jest przewidzianych w prawie publicznym specjalnych procedur) i innych instrumentów prawa prywatnego. Ta inwazja prywatności nie jest bynajmniej zjawiskiem pożądanym. „Sfera publiczna potrzebuje dziś pilnie ochrony przed inwazją prywatności, choć, paradoksalnie, nie po to, by zawęzić, lecz właśnie, by powiększyć obszar indywidualnej wolności” ( Z. Bauman, Płynna nowoczesność, Kraków 2006, s. 80 i n.)

2. „Prywatyzacja władzy” występuje w wielu formach i postaciach:

  • gdy sama władza publiczna wyzbywa się tradycyjnych zadań i funkcji (np. zwolnienie się gmin – poprzez ekscesywną reprywatyzację, dzięki której gmina się wyzbywa kłopotów – z gospodarowania zasobem mieszkaniowym, co leży u genezy części przynajmniej patologii reprywatyzacji)
  • gdy władza publiczna realizując zadania administracji świadczącej,  zmienia metody swego własnego działania na  formy cywilnoprawne (służba zdrowia, oświata – obywatel manipulacja przez państwo ofertą/pulą świadczeń, do których te służby są zobowiązane prawem publicznym);
  • gdy podmioty prywatne (silne korporacje) uzurpacyjnie czy manipulatorsko (naciski, lobbing, kamuflaż rzeczywistych zamierzeń) zawłaszczają władzę. (Np. działania federacji sportowych, wymuszających immunitet w czasie mistrzostw świata czy Europy w piłce nożnej).
  • umowy międzynarodowe typu ACTA, czy działanie wielkich serwisów internetowych.  Umowa służy wtedy transferowi władzy lub/i uniknięciu odpowiedzialności prawnej.
  • umowy międzynarodowe (o różnym statusie) służące „podrzuceniu” komu innemu kłopotliwego konstytucyjnie problemu: odpadów jądrowych czy chemicznych, więźniów w stosunku do których nie przestrzega się standardów itp.

3. Zamiana obywateli (jednostek) w konsumentów powoduje poddanie ich  sytuacji prawnej logice rynku, lecz zarazem pozbawia ich ochrony, jaką mieli jako obywatele (ochrona konstytucyjna, ochrona instrumentami  publicznoprawnymi).

Prywatyzacja więzień, wojska, egzekucji wyroków, sprywatyzowanie władzy (umowa między państwem i firmą prowadząca więzienie lub dysponującą najemnikami), daje podmiotowi prywatnemu uprawnienia władcze, jakie „dawniej” miała władza polityczna, ale brak jest zarazem gwarancji chroniących jednostkę przed nadużyciem władzy, bo te dotyczyć mogą działania władzy państwa, nie zaś podmiotu prywatnego. Jednocześnie podmiot prywatny kieruje się w swym działaniu logiką rynkową, sprzyjającą egoizmowi i nadużyciom w poszukiwaniu zysku. Jest to problem znany służbie zdrowie, gdy pacjent staje się „kosztem”, albo komornikom (którzy są skłonni egzekwować dług z kogokolwiek, minimalizując obowiązki i staranność w poszukiwaniu właściwego dłużnika).

A obywatel, który staje się konsumentem, rychło przekonuje się, jak kiepsko prawo prywatne chroni przed silniejszym ekonomicznie i organizacyjnie partnerem. O tym  doskonale wiedzą prawnicy zajmujący się prawem prywatnym, ale o czym nie wiedzą politycy i prawnicy zajmujący się prawem publicznym. Dla tych ostatnich prywatyzacja (obojętne, czego dotyczy), prawo prywatne, umowa – są synonimem czegoś „lepszego”, bardziej bezpiecznego i demokratycznego dla odbiorców niż władcze formy działania np. administracji. Niestety, jest to uleganie złudzeniu (a może świadoma manipulacja), „pozytywnemu PR prawa prywatnego”, jakim ta gałąź prawa cieszy się wśród polityków i specjalistów prawa publicznego, i to od wielu lat, niezależnie od ustroju gospodarczego.

Prywatyzacji władzy towarzyszy kryzys konstytucjonalizmu i statusu jednostki chronionego przez prawo publiczne. Zaludniony gmach konstytucji i konstytucyjnych konstrukcji – pustoszeje, ponieważ władza go opuszcza, przesuwając się „gdzie indziej”.

(P. Sztompka, Socjologia zmian społecznych, Kraków 2005, s. 94.),

Władza ucieka ku umowom i konstrukcjom prawa cywilnego. Te ostatnie nie zapewniają substytucyjnej ochrony, kiepsko radząc sobie z dysparytetem siły negocjacyjnej partnerów o nierównych szansach. Tymczasem  ta nierówność zostaje zwielokrotniona poprzez użycie umowy tam, gdzie dawniej istniały stosunki publicznoprawne. Mit umowy wyradza się więc  i potężnieje.

 

Ewa Łętowska

Geneza mitu o umowie jako obrończyni wolności

Umowa i prawo cywilne w ogólności żyją w cieniu własnego mitu.  Realność pozostaje w cieniu mitu. Owocuje to  przekonaniem, że coactus tamen voluisti, a wszak volenti non fit iniuria – bo wszak sam chciałeś Grzegorzu Dyndało.

 Geneza mitu umowy jako nośnika demokratyzmu i samostanowienia ( wolności) sięga powstania Kodeksu Napoleona jako pierwszej z wielkich kodyfikacji XIX stulecia. Wtedy bowiem pojęcie równości (formalnej) i sprawiedliwości pozostawały w opozycji do aprobowania w okresie prawa feudalnego   nierówności traktowania, spowodowanej przywilejami urodzenia i stanu. Adresatem postulatu równości był ówczesny sędzia, nie ustawodawca. To bowiem, co dziś się uważa za oczywiste: jednakowe stosowanie prawa, nie było bynajmniej oczywistością w warunkach postfeudalnych. Redukcja równości stron do ich formalnoprawnego statusu i postawienie sądu na straży tak ujętej wolności, wystarczała do osiągnięcia założonego celu.

Nieuwzględnienie społecznych i ekonomicznych nierówności uczestników obrotu – stron umowy (nierówność materialna, nieuwzględniana przez prawny reżim umowy) nie było wyrazem nieuczciwości, naiwności czy hipokryzji twórców Kodeksu Napoleona. Było wyrazem ich krótkowzroczności. Nie przewidzieli dalszego rozwoju wypadków. Nie uważali bynajmniej, jakoby kwestia ekonomicznej i spowodowanej innymi czynnikami realnej nierówności stron nie była warta uwagi.

Sądzili jednak, że zagwarantowanie równości formalnej w połączeniu z wolną konkurencją (w postaci istniejącej w początkach XIX w.) wystarczy, aby zapewnić równowagę szans uczestników obrotu – stron umów, aby mogli oni sami wypertraktować kompromis możliwy do przyjęcia przez obie strony umowy. I w początkach XIX w. to wystarczało. Profesjonalizacja i specjalizacja obrotu, stopień złożoności występujących w nim dóbr nie był tak znaczny, aby ewentualny dysparytet informacyjny czy organizacyjny czynił to założenie jaskrawo sprzecznym z rzeczywistością.  W wypadku zagwarantowania równości czysto formalnej, chodzi o równowagę szans, nie zaś o equilibrium na wyjściu tj.  rezultatu osiągniętego w treści umowy. Iluzoryczność tego założenia ujawniała się jednak w miarę rozwoju gospodarki, postępu technicznego, umasowienia obrotu zwłaszcza monopolizacji gospodarki i profesjonalizacji świadczenia dóbr i usług.  Dlatego O. von Gierke, dziewiętnastowieczny niemiecki prawnik-klasyk,  nie będący ani marksistą, ani socjaldemokratą, piszący sto lat po kodeksie Napoleona,   jest autorem słynnej frazy o konieczności – w prawie prywatnym użycia kropli „ein Tropfen sozialistisches Öl”[1]

[1] „Wir brauchen aber auch ein Privatrecht, in welchem trotz aller Heilighaltung der unantastbaren Sphäre des Individuums der Gedanke der Gemeinschaft lebt und webt. Schroff ausgedrückt: in unserem öffentlichen Raum muß ein Hauch des naturrechtlichen Freiheitsraumes wehen und unser Privatrecht muß ein Tropfen sozialistisches Öl durchsickern”, Die soziale Aufgabe des Privatrechts, Frankfurt/M. 1943 (przedr. z wydania  Berlin 1889) s. 10.

Ewa Łętowska

Umowa w cieniu własnego mitu

Umowie, a nawet – pars pro toto  prawu prywatnemu i jego instytucjom – uporczywie towarzyszy mit. W społecznym dyskursie umowa jest traktowana jako „coś” co samo przez się zapewnia sytuacji, w jakiej występuje –  w automatyczny sposób – wolność stronom i demokratyczne, „samorządne” (bo dokonane przez same strony) ułożenie stosunków z otoczeniem.  Mit ten utrwalony w świadomości społecznej staje się przesłanką ocen rzeczywistości i wniosków praktycznych.

Umowy, negocjacje – instrumenty pozornie demokratyczne i koncyliacyjne – są świetne i pożądane politycznie, prawnie, społecznie, jeżeli siła i determinacja negocjacyjna obu stron są mniej więcej równe. Móc-wiedzieć jak – chcieć  – muszą tu istnieć we właściwej, niezagłuszonej przez drugą stronę  proporcji. Gdy tak nie jest – umowa służy stronie mocniejszej. Strony nie dysponują bowiem z natury w warunkach współczesnych  equal bargaining power. Ta ostatnia zależy od rynkowego położenia   grupy, do której należą wierzyciel lub dłużnik in spe.  Na owo rynkowe położenie składa się wiele czynników ekonomicznych i strukturalnych (w tym kultura informacyjna, wiedza o stosunkach ekonomicznych i rynkowych, dostępność alternatywnej realizacji celu umowy na konkurencyjnym rynku, z innym kontrahentem). Demokratyzmu i samostanowienia nie zapewnia samo użycie umowy, gdy jej stronom brak  equal bargaining power.  Wtedy bowiem umowa nie tyle służy wolności, lecz temu z jej podmiotów, który jest ekonomicznie, socjalnie, informacyjnie – mocniejszy. Ten mechanizm działa identycznie we wszelkich  negocjacjach w których parytet wiedzy, woli, kompetencji i determinacji jest zachwiany

Uważa się w konsekwencji, że prawo prywatne (umowa), zbudowane na fundamencie z gruntu demokratycznym jakim równość partnerów, zakłada brak poddaństwa, a więc wolność.  Ona zaś jest jednym z atrybutów demokracji i nośników wartości jej właściwych.. Podobnie uważa się, że umowom towarzyszy cecha „samorządności”: samozobowiązywanie się stron, kształtujących wiążący je stosunek zgodnie ze swą wolą. Archetypy te nie są jednak odbiciem rzeczywistości empirycznej: oparte o nie postulaty praktyczne – wynikają z przesłanki fałszywej. Jednakże dążąc do demokratyzacji, wolności, samorządności i wybierając instrumenty prawne mające służyć tej aksjologii, ustawicznie popełnia się ten sam błąd, obierając instrument wprawdzie może konieczny, ale nie wystarczający do osiągnięcia tego zamierzenia. I oczywiście fałszywie interpretuje się przyczyny niepowodzenia.

Wprawdzie bowiem z fałszywych założeń mogą wynikać prawdziwe wnioski, ale bynajmniej nie jest to regułą, gdyż równie dobrze mogą zdarzyć się fałszywe konkluzje.

Ewa Łętowska Ewa Łętowska

Jak posługiwać się Konstytucją – dla sędziów liniowych

Konstytucja zawiera przepisy o różnym stopniu ogólności.  Weźmy  jakże lubiany przez sędziów – art. 178 ust. 2, który  „zapewnia” im „warunki pracy i wynagrodzenie odpowiadające godności urzędu oraz zakresowi ich obowiązków”.  Dziś kilka uwag o nim właśnie, nie aspirujących ani do wyczerpania tematu, ot, raczej wskazujących na możliwości i pułapki posługiwania się tym przepisem przez sądy. W końcowej części zwrócę też uwagę na możliwość wykorzystania przez sądy art. 75 (o ochronie lokatorów (i nie tylko) jako „supernormy kolizyjnej”.

Niniejsza notatka została przygotowana na potrzeby „Imponderabiliów sądowychCzytaj dalej

Ewa Łętowska

Prawnicza awangarda w Policach

Copyright Damirlucky | Dreamstime.com
http://www.dreamstime.com/damirlucky_info

O Policach zrobiło się głośno. W sprawie karnej, dotyczącej niegospodarności w miejscowych zakładach chemicznych, kolejne sądy – najpierw rejonowy, a potem okręgowy, odmówiły zastosowania aresztu tymczasowego względem kilku menedżerów, w stosunku do których takie właśnie wnioski i zgłosiła prokuratura. To stanowisko poddał (w czerwcu b.r.) krytyce  Prokurator Generalny, zarzucając sądom, że „nie zrozumiały istoty przestępstwa”, bowiem „prokuratura w sposób zasadny złożyła wniosek o zastosowanie tymczasowego aresztowania wobec podejrzanych” a „niestety rzeczą bardzo zasmucającą, a z punktu widzenia prokuratorów i funkcjonariuszy CBA – którzy wykonali bardzo ciężką pracę – kompletnie niezrozumiałą i szokującą była decyzja sądu rejonowego, który odmówił w tych warunkach zastosowania tymczasowego aresztowania, czym może istotnie przyczynić się do utrudnienia prowadzenia tego śledztwa”. (wiadomość z 23..6. 2017)

http://www.polskieradio.pl/130/2792/Artykul/1780783,Afera-policka-Zbigniew-Ziobro-decyzja-sadu-niezrozumiala-i-szokujaca

Po upływie dwóch miesięcy, w końcu sierpnia, Prokuratura Regionalna w Szczecinie zażądała sprawdzenia, czy sąd przekroczył uprawnienia przez sędziów odpowiedzialnych za wyznaczenie składów sędziowskich.  Wątpliwości prokuratury budziło, czy to  wyznaczanie nie nastąpiło  w sposób niezgodny z zasadami ich wyznaczania, przewidzianymi w kodeksie postępowania karnego.

http://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103454,22261438,wojna-w-wymiarze-sprawiedliwosci-prokura.html

Ewentualne potwierdzenie podejrzenia otworzyłoby drogę do odpowiedzialności karnej sędziów funkcyjnych, decydujących o przydziale sprawy aresztu konkretnym sędziom.

Precedensowość i obcesowość sprawy wzbudziła  duże poruszenie środowisk prawniczych. Perspektywa postępowania karnego wobec sędziów działających w ramach czynności urzędowych, gdy te czynności obracają się przeciw prokuraturze, to coś więcej, niż groźba czy nawet wszczęcie postępowania dyscyplinarnego, z jakimi już mieliśmy do czynienia w wypadku niekorzystnych dla prokuratury rozstrzygnięć sądów. Czytaj dalej

Ewa Łętowska

Jeszcze o ustawie o ustroju sądów  powszechnych: więcej nadziei czy obaw?

O ustawie tej, która rychło wchodzi w życie – 12 sierpnia – miałam okazję mówić dla #Wolnych Sądów:

Chciałabym jednak coś jeszcze podkreślić wyraźniej.

Każda  nowa ustawa   budzi i nadzieje, i  obawy. Te ostatnie, ponieważ  obok   skutków zamierzonych i deklarowanych oficjalnie nieuniknione są także   te niezamierzone i niedeklarowane, albo – gorzej –  zamierzone i niedeklarowane.

Nowa ustawa o jest fragmentem większego pakietu (wcześniejsza zmiana ustawy o KSSiP, zawetowanych ustaw o SN i KRS, oczekiwanych reform w procedurze cywilnej). A ten sądowy  pakiet był poprzedzony znaczącymi zmianami ustawy o prokuraturze w 2016 r., wprowadzającymi więź personalną Ministra Sprawiedliwości (czynnik polityczny) i Prokuratora Generalnego.

Skutki nowej ustawy to nie tylko to, co niesie jej treść, ale i efekt tego, jak zadziała mechanizm stworzony przez pakiet. Tymczasem  my, prawnicy, jesteśmy skłonni mówić o nowościach tylko z tej pierwszej perspektywy.

W teatrze  na scenie, gdy  pojawia się na ścianie strzelba, należy oczekiwać, że zostanie użyta w akcie ostatnim. Inaczej mówiąc: skoro jest wykreowany instrument nadzwyczajny i terminowy, to po to, aby był użyty w tym terminie.

W nowej ustawie pojawił się instrument nadzwyczajny, do użycia tylko w ciągu 6 najbliższych miesięcy, dający Ministrowi Sprawiedliwości prawo do działania at pleasure  (arbitralnie) w zakresie wymiany funkcyjnych w sądach. Potem też to prawo  istnieje, jednak już obwarowane pewnymi formalnościami.  Pojawiła się zatem strzelba. Jest gotowa do szybkiego użycia. Bo po co w przeciwnym razie zastrzegano by termin 6 miesięcy?

Pakiet w całości przewiduje (i przewidywał w zawetowanych fragmentach) kilkanaście różnych instrumentów umacniających pozycję MS/PG wobec warunków funkcjonowania sądów, rekrutacji, szybszego awansu i dyscyplinowania sędziów. No i ukazał nie tylko możliwości w wymianie kadr administracyjnych, ale i determinację  w ich wykorzystaniu (w ustawie o  SN, ta zawetowana, było ponad trzysta osób do wymiany, poza wszelkimi znanymi dotąd trybami). Każdy oddzielnie z tych instrumentów w rękach MS  nie daje pojęcia o sile ich synergicznego oddziaływania.Warto byłoby kiedy zestawić te instrumenty  w całości, razem.   O losach kadr wymiaru sprawiedliwości decyduje bowiem wola polityczna, ześrodkowana w ręku MS/PG.

Sama wymiana kadr (a jest ona związana nie tylko z procedurą wyżej opisaną, ale i z obsadzeniem kilkuset uzbieranych wakatów asesorskich) nie sprawi, że sądownictwo  stanie się lepsze, szybsze, bardziej przyjazne. Ale można (i należy) mieć na to nadzieję. Także i na to, że  lojalność względem  decydującego o karierze, nie spowoduje w sądach chętniejszego ucha dla wniosków prokuratorskich. I nie zwiększy poziomu bezpiecznej obojętności dla interpretacji prawa z użyciem wykładni systemowej i konstytucyjnej.

Dlatego nadzieja w aksjologii, umiejętnościach i charakterach piastunów urzędów. Jak to szło u Churchilla: nigdy tak liczni  nie mają do zawdzięczenia tak wiele  tak niewielu?

 

Ewa Łętowska

Sensacje, transparencja i kogo powiesić

Copyright Damirlucky | Dreamstime.com
http://www.dreamstime.com/damirlucky_info

Sensacją dnia 3.8. 2017 r.  był artykuł w DGP sugerujący  (w tytule), że NSA akceptuje nowy skład Trybunału Konstytucyjnego

  Sprawa wyglądała dość sensacyjnie, rzeczywistość okazała się  mniejsensacyjna. Natomiast jest to ciekawy przyczynek do kwestii transparencji, komunikacji i rzetelności  prawniczego dyskursu. Milczą bowiem ci, którzy powinni na czas sprawę wyjaśnić, by wszystko było transparentne. Mówią ci, którzy powinni milczeć, bo nie potrafią  wyjaśnić (sapienti sat)  albo ci, co nie chcą komunikować tylko sugerować

Okazało się,  że dziennikarka  DGP zadała trzy pytania: „ 1. Czy sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego Roman Hauser zrzekł się stanowiska sędziego Trybunału Konstytucyjnego?

2. Jeżeli odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi tak to proszę również o informację, kiedy miało to miejsce i wobec jakiego organu zostało uczynione?

3. Jeżeli odpowiedź na pytanie pierwsze brzmi nie to proszę o wyjaśnienie , czy kierownictwu NSA nie przeszkadza fakt, że prof. Roman Hauser sprawuje jednocześnie obie funkcje?”

http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/1062120,nsa-sedziowie-dublerzy-pis-uniewaznil-wybor-trzech-sedziow-tk.html

Pytania (zwłaszcza trzecie) sugerowały złamanie zakazu incompatibilitas przez  osobę wymienioną  z imienia i nazwiska, a należąca do grona trzech sędziów wybranych przez Sejm do Trybunału Konstytucyjnego, lecz niezaprzysiężonych przez Prezydenta. Na to odpowiedziała rzeczniczka prasowa NSA:

 „prof. Roman Hauser nie zrzekł się stanowiska sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Natomiast Sejm Rzeczypospolitej Polskiej uchwałą z dnia 25 listopada 2015 r. (M.P., poz. 1131), stwierdził, że uchwała Sejmu RP z dnia 8 października 2015 r. w sprawie wyboru sędziego Trybunału Konstytucyjnego (dot. Romana Hausera), opublikowana w Monitorze Polskim z dnia 23 października 2015 r. poz. 1038 jest pozbawiona mocy prawnej. Wobec powyższego nie zachodzi wskazywany przez Panią przypadek, sprawowania przez prof. Romana Hausera jednocześnie funkcji sędziego Naczelnego Sądu Administracyjnego i sędziego Trybunału Konstytucyjnego.”

Odpowiedź była fatalna: podawała  co prawda prawdziwe fakty, ale nie tylko nie przyczyniała się do wyjaśnienia insynuacji naruszenia incompatibilitas zawartej w pytaniach. Gorzej: formułowała kolejną sugestię, jakoby  NSA legitymizował zarówno reasumpcję uchwał wybierających trójkę niezaprzysiężonych sędziów, jak i sanował wybór tzw. dublerów. A to jest już problem koncepcji przyjętej w wyroku TK  sygn. K 34/15 z 3.12.2015 r. (opublikowany). Powiedziano tam przecież, że sędzią TK wybrany przez Sejm staje się z momentem wyboru. W takim wypadku rzeczywiście myśl się kieruje ku kwestii połączalności urzędów). Czytaj dalej

Ewa Łętowska

Archiwum E.Ł. (1)

Postanowiłam pozbierać moje porozpraszane  różne wypowiedzi publicystyczne i medialne. Nigdy w tej kwestii nie byłam nazbyt staranna i nie mam pełnej własnej   bibliografii prac drukowanych. Jestem wdzięczna tym, którzy z sympatii w tym zbożnym dziele mi pomagali i pomagają. Niniejszy zbiór nie jest kompletny. Obejmuje linki (z datą dostępu na 2 sierpnia 2017) Dziś część zebranych linków, które pochodzą z publikacji i materiałów audiowizualnych w Dzienniku Gazecie Prawnej (razem z Prawnikiem), Gazecie Wyborczej, Onecie , WP,  Kulturze Liberalnej, Krytyce Politycznej,  Oko Press, radio, różne rozgłośnie.  Są tu również publikacje nie moje wprawdzie, ale takie, gdzie mnie obficie wycytowano (najczęściej sporządzone na podstawie rozmów w DGP). Są to wypowiedzi na różne kwestie prawne, najczęściej konstytucyjne, dotyczące  wolności jednostki, sądownictwa, reprywatyzacji Czytaj dalej